Słów kilka o Legia Warszawa – Linfield FC.

Co roku mamy ogromne nadzieje i ambicje, co roku trafiamy na początku na rywali zdecydowanie słabszych od nas i co roku musimy przeżywać męczarnie, oglądając popisy polskich zespołów w kwalifikacjach do europejskich pucharów. Wczoraj, meczem Legii Warszawa z Linfield FC rozpoczęła się ta droga przez mękę i po tych 90 minutach wielkich oczekiwań wobec mistrz kraju mieć nie można.

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że „na papierze” pod każdym względem Legia jest lepszym klubem niż mistrz Irlandii Płn. Finansowo, kadrowo i organizacyjnie bijemy rywala na głowę, więc przed potyczką w 1. rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów liczyliśmy na łatwe, pewne zwycięstwo, które wzmocni morale w drużynie, pozytywnie nastawiając ją do walki na wszystkich frontach w rozpoczynającym się sezonie. Niestety nie było ani łatwo, ani przyjemnie.

Nie będę odkrywczy gdy powiem, że Legia dominowała, ale brakowało jej skuteczności, a przede wszystkim szybkości. Gdy tylko staraliśmy się przyspieszyć, rywal zaczynał się gubić. Niestety ta nasza szybkość i dynamika pozostawiała wiele do życzenia. Długimi fragmentami miało się wrażenie, że nasza drużyna wie co ma robić, wie którędy atakować, ale nie robi tego z odpowiednim skupieniem i efektywnością.

Legia przez niemal cały mecz waliła głową w mur. 20 sytuacji podbramkowych, 11 celnych strzałów, 60% posiadania piłki, to tylko niektóre ze statystyk potwierdzające wcześniej wspomnianą dominację Legii. Ciężko jednak doszukać się wśród tych liczb najlepszego piłkarza meczu. Ode mnie na pochwały zasługuje Mladenović, który jako jedyny wyglądał na faceta chcącego udowodnić swoją wartość. Koledzy bardzo często korzystali z jego usług i choć wielu jego akcjom brakowało skuteczności, to często posyłał groźne dośrodkowania w pole karne przeciwnika. Był to zdecydowanie najaktywniejszy zawodnik mistrza Polski.

Jeśli chodzi o ludzi, którzy mnie zawiedli, mógłbym długo wymieniać. Nic nie pokazał Slisz i zszedł już w przerwie meczu. Luquinhas i Wszołek próbowali grać akcje kombinacyjne, ale do tego potrzeba odpowiedniego nastawienia i chęci całej drużyny, a tych zabrakło. Można usprawiedliwiać naszych, podkreślając świetną dyscyplinę taktyczną rywala, którego piłkarze bardzo dobrze przygotowali się do gry defensywnej, wiedząc jak poruszać się po boisku by maksymalnie utrudnić zadanie Legionistom. Żadne to jednak usprawiedliwienie, gdyż gołym okiem było widać, że nasi kopacze są pod względem indywidualnym o wiele lepsi i z mistrzem Irlandii Płn. musieli sobie łatwo poradzić.

Wracając do tego co mi się nie spodobało. Bardzo zawiódł mnie Gwilia, od którego oczekiwałem większej aktywności w ataku i częstszego podłączania się do niego, a nie tylko prób oddawania strzałów z dystansu (tych zresztą nie było zbyt wiele). Więcej siły, agresywności i szybkości. Tego mi u niego zabrakło. Zresztą całej ekipie ze stolicy Polski brakowało przyspieszenia, gry na 2-3 kontakty, próby zaskoczenia gości. Gra była czytelna, a podania posyłane w szesnastkę po prostu słabe.

Mam również pretensje do naszego trenera, Aleksandara Vukovića. Myślałem, że o wiele lepiej i szybciej zareaguje na to, co działo się na boisku, ale tak nie było. W przerwie postawił na Rosołka, który zaprezentował się nie najgorzej, ale mam wrażenie że długimi momentami dostosowywał się do swoich kolegów, a poza tym nie był on wg mnie zmianą konieczną. Legia potrzebowała przewagi liczebnej pod bramką Linfield, głównie na skrzydłach, więc wprowadzenie jednego, a potem kolejnego napastnika nie odmieniło obrazu gry. Cały czas waliliśmy głową w mur, a kibice przed telewizorami mieli prawo przysypiać.

Ostatecznie o naszym awansie zdecydował przypadek, boiskowa głupota, druga żółta, a w konsekwencji czerwona kartka dla jednego z rywali. To sprawiło, że na boisku zrobiło się więcej miejsca, nawet mimo jeszcze bardziej zmasowanej defensywy Irlandczyków z północy. Drugim elementem, który zadecydował o wygranej Legii były indywidualne zdolności Jose Kante, który przed szesnastką gości umiejętnie zabrał się z piłką, wykonał zwód i mając przed sobą wystarczającą ilość przestrzeni oddał celny strzał i zdobył zwycięską bramkę.

Obecny format kwalifikacji do Ligi Mistrzów spowodowany pandemią z jednej strony powinien przynieść więcej emocji, a z drugiej więcej strachu. Po tym co Legia pokazała wczoraj na Łazienkowskiej możemy bowiem obawiać się, że jeden słabszy mecz jak najbardziej może im się przydarzyć, a po nim przygoda z walką o Champions League w nowym sezonie będzie już skończona. Przed Legionistami trudny mecz z Rakowem, a w kolejnej rundzie eliminacji będzie czekać na nich Ararat Armenia bądź Omonia Nikozja, rywale z wyższej półki. Rozumiem, że przerwa była krótka, koniec poprzedniego sezonu intensywny i nie wszyscy zdołali wypocząć, ale wydaje mi się, że tak szybko nie traci się dyspozycji i nie jest to argument, którym mistrz Polski może bronić swój słaby występ. Pozostaje nam liczyć na poprawę, ale nie wygląda to najlepiej.

Jedna myśl w temacie “Słów kilka o Legia Warszawa – Linfield FC.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s