Site icon Z innego świata

Recenzja serialu Stacja jedenasta

Dzisiaj wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego jak jedna niebezpieczna choroba potrafi zmienić życie całego świata. Oczywiście, słyszeliśmy o dżumie czy innych epidemiach, ale nikt z nas nie spodziewał się przeżyć czegoś takiego. Nie w dzisiejszych czasach. Covid dał nam się we znaki, ale w popkulturze pomysł siejącego spustoszenie wirusa istnieje nie od dziś. Jedna z najciekawszych historii dotyczących tego tematu pojawiła się pod koniec ubiegłego roku w formie serialu. Świetnego serialu, pt. Stacja jedenasta.

Na wstępie muszę podkreślić, że serial jest oparty na powieści o tym samym tytule autorstwa Emily St. John Mandel z 2014 r. Zatem przedstawiona w nim historia odmiany grypy, która pozbawia życia miliony ludzi nie jest w najmniejszym nawet stopniu inspirowana pandemią koronawirusa, choć budzi takie skojarzenia.

Najprościej rzecz ujmując, Stacja jedenasta przedstawia nam losy pewnych grup ludzi zarówno w momencie startu pandemii jak i na wiele lat po jej ustaniu. Pokazuje przeróżne reakcje na starcie pojawienia się tajemniczej choroby, a także to w jaki sposób ludzkość próbuje powrócić do normalności po traumie związanej z wydarzeniami z przeszłości. Jednakże, nic nie jest tutaj tak proste i oczywiste jak w powyższym opisie.

Na przestrzeni 10 odcinków trafiamy w różne okresy czasu i w różne miejsca na świecie. Wszystko to po to by utrzymać widza w atmosferze tajemnicy, by nie zdradzać mu od razu wszystkich odpowiedzi na nurtujące go pytania. Skacząc od jednego momentu do następnego dostrzegamy powiązania między poszczególnymi postaciami. Twórcy oczarowują nas, układając tę złożoną układankę. Bardzo spodobał mi się ten zabieg twórców, który sprawił, że historia wciągnęła mnie niemal błyskawicznie.

Wszystko zaczyna się dosyć niepozornie. W telewizji coraz głośniej o groźnym wirusie, ale większość ludzi nie chce w to wierzyć. W tym czasie Jeevan ze swoją dziewczyną ogląda sztukę. Nagle jeden z aktorów dostaje zawału serca, na co jako pierwszy reaguje nasz bohater z widowni. Sęk w tym, że nie jest on lekarzem i tak naprawdę nie wie jak pomóc bohaterowi przedstawienia. Ostatecznie ten umiera, co jest początkiem naprawdę dziwnej, w pewnym stopniu zabawnej, ale także dramatycznej historii Jeevana. Ten decyduje bowiem, że odprowadzi do domu niepełnoletnią aktorkę Kirsten choć nie ma z nią nic wspólnego. Jeszcze o tym nie wie, ale ta decyzja na zawsze odmieni jego życie.

Sytuacja jest trochę zabawna, trochę krępująca. Dorosły facet z obcym dzieckiem, ktoś mógłby to źle zinterpretować. Jakby jeszcze tego było mało, Jeevan czyta na smartfonie kolejne wiadomości dotyczące zabójczej grypy, dostaje przerażający telefon od siostry pracującej w służbie zdrowia, która radzi mu by się ukrył i to wszystko przeczekał. W głowie bohatera powoli rodzi się panika, a Kirsten musi trafić do domu. Z czasem obserwujemy jak rozwija się plan mężczyzny by dziewczynce nic się nie stało. Nieobecność jej rodziców w domu już na zawsze łączy dwójkę postaci.

Następnie, dosyć nieoczekiwanie, ruszamy 20 lat w przyszłość. Kirsten jest już niemal 30 letnią kobietą i podróżuje wraz z trupą teatralną, wystawiając kolejne przedstawienia na określonym szlaku. To zupełnie inna rzeczywistość, która będzie stanowić bieżącą linię czasu serialu. Z tego punktu wracamy do przeszłości, która pozwala nam lepiej zrozumieć to kim stała się bohaterka i co przeszła by stać się tym kim jest. Czuć pewną atmosferę niepewności, może wręcz strachu dotyczącą jej doświadczeń. To właśnie ten element produkcji HBO Max na dobre wciągnął mnie w jej fabułę.

Postacią, która łączy najważniejszych bohaterów serialu Stacja jedenasta jest wspomniany na wstępie aktor Arthur Leander. Wraz z kolejnymi odcinkami pojawia się jego najlepszy przyjaciel, jego byłe żony oraz syn. Wszyscy odgrywają tutaj ważną rolę i choć z początku tego nie dostrzegamy, wszystkie elementy są ze sobą powiązane i tworzą kompletny obraz przedstawionego świata. Gdy w końcu zaczynamy zwracać na to uwagę, jesteśmy już w pełni pochłonięci fabułą.

Stacja jedenasta przedstawia piękną, złożoną historię, która daje nam nadzieję na lepsze jutro. Serial zwraca uwagę na istotę społeczności, relacji międzyludzkich i wsparcia jakiego każdy z nas potrzebuje. Pokazuje nam również, że w mrocznych czasach ratunkiem będzie nasza kultura i sztuka. Nie bez powodu ludzie wydają się naprawdę szczęśliwi na samą wieść, że w ich społeczności po roku przerwy znów pojawi się Wędrująca Symfonia czyli teatralna trupa, do której należy Kirsten.

Jednym z aspektów serialu, który bardzo mi się spodobał jest sposób w jaki historia przechodzi od momentów jedności i radości do chwil mrocznych, napawających niepokojem, a wręcz brutalnych. Te dysonanse obrazują nam jak ludzie muszą dostosowywać się do sytuacji. Niektóre okoliczności wymagają bowiem od nas drastycznych kroków choć nie zawsze jesteśmy na nie gotowi, podobnie jak niektórzy bohaterowie.

Pod względem aktorskim Stacja Jedenasta to zdecydowanie wysiłek zespołowy. W moich oczach żaden aktor ani aktorka nie wyrośli pod swoich kolegów i koleżanki z obsady. Odniosłem wręcz wrażenie, że dane sceny w innej konfiguracji, z innymi osobami po prostu by nie zadziałały. Dlatego pochwała należy się wszystkim od Mackenzie Davies i Himesha Patela, przez Davida Wilmota, Matildę Lawler i Danielle Deadwyler, aż po Nabhaana Rizwana, Philippine Velge, czy Caitlin Fitzgerald.

Oryginalny serial limitowany HBO Max jest dokładnie tym czego potrzebujemy w dzisiejszych czasach. Podczas gdy wciąż panuje pandemia, a na wschodzie rozwija się wojna nie możemy zapomnieć, że najważniejszy jest tu nie interes poszczególnych państw, a człowiek. Taka pełna nadziei, zrealizowana w świetnym stylu postapokaliptyczna historia jaką oferuje widzowi Stacja Jedenasta to lek na nasze dzisiejsze udręki. Musicie z niego skorzystać.

Zdjęcia: HBO Max

Exit mobile version