Site icon Z innego świata

Wiedźmin: Rodowód krwi – recenzja serialu

Wiedźmin: Rodowód krwi

W ciągu ostatnich kilku lat żaden serial tak bardzo nie ekscytował polskich widzów jak Wiedźmin. W końcu to nasze dobro narodowe, które odniosło sukces nie tylko za sprawą książek, ale również serii gier wideo. Byliśmy tym bardziej podekscytowani, gdyż projektem zajęli się ludzie z Netflixa, który w Polsce działa dosyć prężnie. Serial został przyjęty z mieszanymi odczuciami, ale to nie zraziło twórców i powoli realizowali plany rozwoju całej franczyzy. W ten sposób doczekaliśmy się animowanego prequela Wiedźmin: Zmora Wilka oraz w wersji live-action. I właśnie o tym drugim – Wiedźmin: Rodowód krwi – chciałbym wam co nieco opowiedzieć.

Początek nie należy do najgorszych. Wręcz przeciwnie. Jest zaskakujący i ciekawy. W samym środku walki spotykamy bowiem dobrze znanego nam bohatera. Jest nim Jaskier. Gdy wydaje nam się, że za chwilę będziemy świadkami końca jego życia, czas się zatrzymuje. Słyszymy tajemniczy głos, a po chwili teleportujemy się wraz z bardem w zupełnie inne, nie naznaczone konfliktami miejsce. Uwaga widza została skutecznie przykuta.

Nieznana postać przedstawia się jako Seanchaí i kolekcjonuje historie. Pragnie by jedna z nich powróciła do pamięci mieszkańców tego świata. I właśnie Jaskier miałby tę historię opowiedzieć jako sprzyjający elfom bard. Następnie razem z bohaterem wysłuchujemy opowieści, której akcja rozgrywa się 1200 lat wcześniej i która skupia się na ukazaniu upadku elfów. Jednocześnie nawiązuje ona do pewnych elementów fabuły, o których usłyszeliśmy w drugim sezonie Wiedźmina.

Znowu grupa bohaterów?

Wiedźmin: Rodowód krwi opowiada historię siedmiu elfów, których drogi w skrzyżowały się w niezwykłych okolicznościach. Według narratorki tej opowieści, wspólnie mieli oni stanowić swego rodzaju prototyp wiedźmina. Niestety ich przygody pozostawiają wiele do życzenia. Zacznijmy od tego, że na serial składają się jedynie cztery odcinki. Dlatego scenarzyści starają się w jak najkrótszym czasie pokazać jak najwięcej miejsc, bohaterów, wydarzeń. Niestety, negatywnie odbija się to na prostej jak budowa cepa fabule.

Ile w ostatnich latach było produkcji fantasy, w których główną rolę grała grupka nietypowych bohaterów? Odpowiedź brzmi zbyt dużo. Tutaj mamy dodatkowo ten problem, że poza jedną przedstawicielką rasy krasnoludów mamy tu same elfy. Mamy czarnoskórego elfa, azjatyckiego elfa i oczywiście, białe elfy. Już ta narzucona różnorodność pozbawia serial klimatu słowiańskiej historii, dla którego przynajmniej ja zainteresowałem się Wiedźminem.

Wieje nudą

Jako, że już na wstępie zostajemy poinformowani o tym, że losy bohaterów się splotą, sposób w jaki do tego dochodzi wywiera na nas mniejsze wrażenie. Nie pomaga fakt, że choć jest to grupka zróżnicowana i nietypowa, to dosyć nudna. Strasznie stereotypowo rozpisana. Wyróżnia się tutaj grająca krasnoludkę karlica – Francesca Mills – która jest charyzmatyczna, nieprzewidywalna, jest po prostu jakaś. Nie zlewa się z tłem jak większość reszty obsady.

Jeden z bardziej żenujących wątków, nagle wrzuca dwójkę głównych bohaterów Eilę i Fjalla w romantyczną relację. A dopiero co chcieli uciąć swoje głowy. Rozumiem, że musiało do tego dojść, ale mamy tu tylko cztery odcinki! Mam uwierzyć w to, że tak szybko ich relacja się zmieniła? Nie ma mowy. Nie róbmy z widzów głupków. Takich pomysłów scenarzyści mają tutaj więcej. Właśnie za sprawą takich banalnych, wręcz idiotycznych rozwiązań Wiedźmin: Rodowód krwi jawi się jako produkcja nudna i nijaka, bez choćby grama klimatu Wiedźmina.

Podsumujmy

Nie wiem co pomyśleli sobie twórcy serialu po skończeniu prac nad scenariuszem. W ogóle, nie wydaje mi się, żeby ta historia wnosiła cokolwiek istotnego do uniwersum Wiedźmina, o czym nie można by opowiedzieć właśnie w serialu o przygodach Geralta. Sceny akcji są. Krew jest. Romans jest. Świat fantasy jest. Tylko, że to po prostu za mało by jakkolwiek zaznaczyć swoją obecność wśród pozycji z tego gatunku. Tym bardziej, gdy ma to być rozwinięcie tak ekscytującego uniwersum jak świat Wiedźmina.

Ocena: 4/10

Zdjęcia: Netflix

Exit mobile version