Wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Koniec jednego etapu może jednak być początkiem drugiego. Tym bardziej gdy mowa o uniwersum Marvela, który cały czas dostarcza nam mnóstwa różnorodnych i fantastycznych historii. Najnowsza z nich była szczególnie przeze mnie wyczekiwana. Bliska mojemu sercu stała się bowiem pewna kosmiczna, dysfunkcyjna rodzinka, która raz za razem siejąc chaos i często także zniszczenie ratowała galaktykę. Teraz zrobili to po raz kolejny, być może najlepszy w filmie Strażnicy Galaktyki: Volume 3.
Od czego by tu zacząć? Powiem wam, że już pierwsza scena, niejako nadająca ton całemu filmowi, doprowadziła mnie do łez wzruszenia. Pierwsza scena, a przede mną było jeszcze prawie dwie i pół godziny seansu! Pomyślałem sobie, lepiej zapnij pasy bo to będzie bardzo emocjonalna podróż w odmęty kosmosu i tak zresztą było. James Gunn zwieńczył swoją trylogię w iście królewski sposób, najlepszy z możliwych i ani przez chwilę nie miałem pojęcia jak to wszystko się po toczy. No i kto umrze, a kto przeżyje oraz ile chusteczek będę musiał wyciągnąć na sali kinowej (co najmniej jedną paczkę).
Film ma bardzo przejrzystą formułę. Przeplatają się w nim dwa wątki, oba związane z jedną postacią. Pierwszy przedstawia nam przeszłość i pochodzenie Rocketa. W końcu mam okazję zobaczyć skąd wziął się ten zadziorny, sarkastyczny, bardzo inteligentny i waleczny szop. Poznajemy jego dramatyczną historię. Drugi także dotyczy Rocketa, ale ma związek z urazem, którego doznaje, a główną rolę odgrywają w nim pozostali Strażnicy. Bohatera nawiedza jego przeszłość i bezwzględny Wielki Ewolucjonista, który pragnie odzyskać swoją kreację, a głównie jej mózg. By uratować życie ciężko rannego przyjaciela Star-Lord i spółka wyruszają by uzyskać hasło odblokowujące technologię użytą na szopie.
Strażnicy Galaktyki: Volume 3 to idealna mieszanka humoru i dramatu. Oglądając zwiastuny odniosłem wrażenie, że komedii może tutaj być znacznie mniej niż w poprzednich częściach, ale wcale tak nie było. Zresztą, już niemal na samym początku James Gunn uraczył nas rozciągającym się na niemal cały film pobocznym wątkiem, w którym Kraglin nazywa Cosmo (gadającego czworonoga telepatę) złym psem i nie chce odwołać swoich słów. No, a naprawdę potężny rywal jakim okazuje się być Warlock? Świetnie zbudowany, obdarzony nadludzkimi umiejętnościami dorosły chłop (na oko trzydziestka na karku), a tak naprawdę dopiero co się narodził i w sumie zachowuje się jak dziecko! Mamy też oczywiście wyszukane komentarze Draxa, droczącego się z Mantis i z całą resztą galaktyki. Także nie macie się czego bać, humoru tutaj nie brakuje.
Równie dobrze wypada dramatyczna część historii. Duża w tym zasługa fantastycznie zagranego złoczyńcy. Wielki Ewolucjonista, którego zagrał Chukwudi Iwuji ma w sobie coś szekspirowskiego. To wielki umysł, a zarazem wielkie ego i to właśnie ego czyni go brutalnym, bezwzględnym i owładniętym chorą ideą naprawiania świata według własnego widzi mi się. Nie może on przeboleć faktu, że jedna z jego niedoskonałych kreacji jaką okazuje się być Rocket wpadła na pomysł, którego on potrzebował do zwieńczenia swojego planu. Dlatego też pragnie zbadać jego mózg. Fantastycznie wypada jako postać, która we wszystkich prócz siebie widzi niedoskonałości.

James Gunn zrobił trzy filmy po swojemu i Marvel chyba specjalnie mu w tym nie przeszkadzał. Tak oto dostaliśmy prawdopodobnie najlepszą, a na pewno najrówniejszą trylogię w całym MCU. Wieńcząc ten etap historii Strażników reżyser też poszedł własną drogą. No bo mogłoby się wydawać, że skoro jest to pewne podsumowanie, a wielu fanów jeszcze przed premierą wiedziało, że niektórzy aktorzy nie będą kontynuować swoich występów w tym uniwersum, to zakończenie może być słodko-gorzkie. A tu niespodzianka i przynajmniej jak dla mnie jest to jak najbardziej happy-ending, idealnie pasujący do tej kosmicznej historii.
Naprawdę ciężko znaleźć mi elementy, które w filmie nie zagrały. Trochę zaskoczony byłem brutalnością niektórych scen walki, czy faktem, że Strażnicy, dążąc do swojego celu wręcz bez ogródek mówili o zabijaniu tych, którzy stali nam na drodze. Dziwię się, że Disney nie miał tu obiekcji. Mi to nie przeszkadza, ale nie wiem co na to rodzice, którzy zabrali dzieci do kina. No i pada angielskie słowo na F, które też nie wydaje się tu być potrzebne. Poza tym, mamy cudowne sceny akcji z dopracowanymi efektami specjalnymi. Są zrobione zarówno z jajem jak i podkreślają wysoką stawkę, o którą toczy się walka.
Jak zwykle w superlatywach należy wypowiadać się o ścieżce dźwiękowej filmu. Poszczególne utwory nie tylko idealnie pasują do różnych sekwencji Strażnicy Galaktyki: Volume 3 pod względem rytmu i samej muzyki, ale często również tekstu. Jest do czego ruszać biodrami, jest przy czym się rozmyślić. Nie będę się specjalnie rozpisywał, tylko zostawię wam link do soundtracku i sprawdźcie to sami (LINK).

Film trwa niecałe dwie i pół godziny, ale w ogóle tego nie czuć. Seans ani przez chwilę mi się nie dłużył. Od początku wciągnęła mnie fabuła. James Gunn znalazł miejsce dla wszystkich swoich kosmicznych postaci. Każdy ma okazję zabłysnąć. Każdy ma swój wątek. Niektóre kończą się w naprawdę zaskakujący sposób, inne pozostają bez rozwiązania. Wszystkie jednak zostały świetnie wpasowany w większą historię, historię Rocketa.
Żeby nie było, nie jest to tylko czysto rozrywkowy film. Reżyser porusza w nim ważne i ciekawe kwestie. Działania Wielkiego Ewolucjonisty nawiązują chociażby do eksperymentów, które naukowcy w dzisiejszych czasach przeprowadzają na zwierzętach, co ma prowadzić do rozwoju w różnych dziedzinach. Przypomina nam również, że złamane serce potrzebuje czasu by się uleczyć. Wskazuje też na to jak istotna jest akceptacja innych osób, nie ważne jak dziwne potrafią być. Naprawdę jest o czym myśleć po seansie Strażnicy Galaktyki: Volume 3.
To jest film, który każdy powinien zobaczyć. Nie będę owijał w bawełnę. Dla mnie cała trylogia Strażników to najlepsze sci-fi zrobione w XXI w. Myślę, że przede wszystkim ze względu na fakt, że w tej kosmicznej otoczce zostały opowiedziane bardzo ludzkie, bliskie naszym sercom historie. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej produkcji Jamesa Gunna. Marvel może żałować, że nie będzie miał okazji współpracować z tym reżyserem, który stworzył dla nich kolejny hit i na dobrą sprawę otworzył kosmiczną część uniwersum Marvela dla fanów. Lećcie do kina, choćby na drugi, trzeci, czwarty seans. Naprawdę warto!
Ocena: 8/10
Zdjęcia: Marvel
