Tajna inwazja – recenzja serialu

Fani komiksów, a przede wszystkim Marvela mogli poczuć wielką ekscytację, gdy okazało się, że rozpoczynają się prace nad serialowym projektem opartym na jednym z najciekawszych wątków Domu Pomysłów. Jest nim oczywiście Tajna Inwazja, w której rasa zmiennokształtnych kosmitów stara się przejąć władzę nad Ziemią. Czas mijał, kampania promocyjna produkcji rozkręcała się na dobre, a oczekiwania rosły. Moje, niestety się nie spełniły, a oto dlaczego.

W serialu Marvela wracamy do wątku zapoczątkowanego w filmie Kapitan Marvel. Po wojnie z rasą Kree, Skrulle straciły swój dom. W dużym skrócie, na ich drodze pojawiła się Carol Danvers i Nick Fury, a ten ostatni obiecał, że pomoże im znaleźć nowy dom. Lata mijały, obietnicy nie spełnił, więc część kosmitów się zbuntowała, a na ich czele stanął młody i ambitny Gravik. Teraz podstarzały Fury musi wrócić na Ziemię i ogarnąć ten cały bajzel jaki po części sam narobił.

Od czego by tu zacząć mój komentarz dotyczący tego niewypału? Może od tego, że sam wątek Skrulli i Kree nie został w pełni wykorzystany. Marvel lubi te zwroty akcji w stylu „myślcie sobie, że Skrulle są złe, a potem okaże się co innego” i chyba już tutaj popełniono błąd. Ten w jakimś stopniu przełożył się na to, że historia, na której skupia się Tajna Inwazja nie wypaliła.

Sam uważam, że ta historia lepiej nadawałaby się na kolejną filmową sagę Marvela, gdzie na przestrzeni wielu filmów powoli dowiadywalibyśmy się, że wśród bohaterów, czy osób piastujących najwyższe stanowiska są Skrulle. Nawet wśród naszych ulubionych herosów, a my w ogóle tego nie podejrzewaliśmy! I tak z każdą kolejną produkcją mielibyśmy tę myśl z tyłu głowy, że tak naprawdę nie wiemy kto jest kim. Kulminacją tego mógłby spokojnie być film Avengers podzielony na dwie części albo serial. No, ale Marvel Studios wie lepiej ode mnie.

Ludzie tytuł na pewno kojarzą, więc będą chcieli go obejrzeć. Damy im Nicka Fury’ego w roli głównej, bo do tej pory było go na ekranie mniej. W gruncie rzeczy zrobimy z tego jednak naszą typową produkcję. Tak oto zapowiadający się naprawdę ciekawie serial szpiegowski z elementami thrillera okazał się być typową produkcją Marvela, która w różnych momentach zaskakuje (kilka postaci umiera), ale ostatecznie brakuje jej pazura i przypomina większość tytułów tego studia, tylko supermocy jest troszkę mniej.

A pierwszy epizod był naprawdę obiecujący. Po jego obejrzeniu nie dało się stwierdzić, że z każdym kolejnym będzie już tylko gorzej i nudniej. W sumie okazało się, że Tajna Inwazja to bardziej taka terapia dla starzejącego się Nicka Fury’ego, który musi udowodnić, że choć stary to ciągle jary, a nawet ma małą terapię małżeńską (ten motyw akurat mi się spodobał).

Serial jest za krótki by dobrze opowiedzieć tak wątek, a w finale to już w ogóle pędzi na złamanie karku. No i ostatecznie wszystko znów kręci się wokół nadprzyrodzonych mocy. Ile można? Przynajmniej aktorzy, nawet biorąc pod uwagę ten scenariusz, wypadają najlepiej jak mogą. Wszyscy zapamiętają przede wszystkim Olivię Colman, która jako Sonya Falsworth wypada genialnie oraz całą masę one-linerów Fury’ego w wykonaniu jak zawsze fantastycznego Samuela L. Jacksona.

O efektach specjalnych nie będę się wypowiadał, bo w ciągu ostatniego roku powiedziano już o nich wystarczająco dużo, a w przypadku tego tytułu nie jest inaczej. Tajna Inwazja miała trzymać w napięciu, a mnie z każdym odcinkiem trzymała coraz dalej od telewizora czy laptopa. Za dużo oczekiwałem po tej produkcji. Naprawdę myślałem, że Marvel zaserwuje nową jakość jak chociażby w przypadku Ms. Marvel. Można odnieść wrażenie, że po prostu nie dopracowano tej historii i wiele jej elementów stworzono po kosztach, a wręcz na odwal się. Srogo się zawiodłem i niestety, jako że jestem fanem MCU, nie polecam wam seansu.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: Marvel.com

Leave a Reply