Jednym z autorów, który miał wielki wpływ na rozwój gatunku science-fiction, a który nie został doceniony za swojego życia był H. P. Lovecraft. Bardzo dużo słyszałem i czytałem o jego twórczości, ale do tej pory nie trafiła się okazja bym zgłębił jedno z jego dzieł. Aż do tej pory. To wszystko za sprawą wydawnictwa Studio JG, które wydało trzy piękne mangi, stanowiące adaptacje opowiadań tego autora. Pierwszą, za którą postanowiłem się zabrać jest W górach szaleństwa.
Próby przełożenia utworów Lovecrafta na „język” mangowy podjął się Gou Tanabe. Japoński artysta kojarzony jest przede wszystkim z tymi adaptacjami choć ma na koncie inne tytuły, np. Kasane, czy Mr. Nobody. Nie musiałem długo czytać W górach szaleństwa by przekonać się, że jest to właściwa osoba na właściwym miejscu. Nie wyobrażam sobie by ktoś lepiej opowiedział te historie w takiej formie.
O czym opowiada ten tytuł? Sama okładka sugeruje nam, że czeka nas podróż w nieznane. Być może nawet do świata nieodkrytego do tej pory przez człowieka. I bardzo dobrze, że nieodkrytego, gdyż istoty które tam spotykamy z człowieczeństwem nie mają nic wspólnego i przywodzą na myśl najgorsze możliwe skojarzenia. Przygotujcie się na mrożący krew w żyłach, a przede wszystkim trzymający w napięciu horror. A to wszystko ma miejsce przez ludzką ciekawość.

Akcja tej historii toczy się w latach 30. ubiegłego wieku, a zatem w okresie twórczości samego Lovecrafta (1890-1937). Manga przenosi nas na mroźną, wciąż skrywającą przed nami wiele tajemnic Antarktydę. Tam właśnie udaje się naukowa ekspedycja uniwersytetu Miskatonic pod wodzą profesora Lake’a, i dr. Dyera. Chcą zgłębić sekrety tego skutego lądem kontynentu. Nie zdają sobie jednak sprawy z tego jakie okropieństwa ich tam czekają. Wiemy o tym, gdyż zanim przechodzimy do właściwej fabuły mangi, czeka nas wstęp, wprowadzający klimat grozy i tytułowego szaleństwa.
Jest kilka elementów, które bardzo zaimponowały mi w tej historii. Pierwszym z nich jest narracja i sposób budowania napięcia przez autora mangi. W górach szaleństwa zahipnotyzuje was odległymi, bezkresnymi, zimowymi krajobrazami. Akcja toczy się w spokojnym tempie. To wzmaga pewną atmosferę tajemnicy i niepewności. Niby mamy do czynienia z podróżą badawczą, więc cóż niezwykłego mogłoby się tu wydarzyć, prawda? A jednak, nawet pomijając wstęp, który daje nam pewne wyobrażenie tego co nas czeka na Antarktydzie, czujemy skrywające się w tej zimowej scenerii zło.

Kolejne rozdziały tej historii następują po sobie w logiczny sposób. Nie podważamy sensu tej opowieści, a nawet jej fantastyczno-naukowych elementów. Po prostu genialne jest to jak z każdą następną stroną rośnie napięcie. Nie wiemy dokładnie co się wydarzy i ta aura tajemniczości pociąga i uwodzi czytelnika. W ogóle nie dziwi nas ta fascynacja bohaterów, którzy z czasem zaczynają zatracać się w chęci odkrycia sekretów kontynentu kosztem własnego bezpieczeństwa.
Lovecraft w swoim opowiadaniu buduje niezwykłą mitologię, którą w odpowiednio mroczny sposób maluje nam Gou Tanabe. Mowa przede wszystkim o Necronomiconie, księdze zawierającą mroczną, zakazaną wiedzę na temat Przedwiecznych, istot zamieszkujących Ziemię przed pojawieniem się na niej człowieka. Pomysł, że takie stworzenia z odległej galaktyki mogą odpowiadać za wiele ziemskich cudów i dziwów, a może nawet skrywają się wciąż gdzieś na naszej planecie zdecydowanie działa na wyobraźnię. Tak właśnie jest w przypadku profesora Lake’a.

Co do samych bohaterów tej opowieści, to ich imiona i nazwiska oraz ogólna charakterystyka nie są tak ważne jak same wydarzenia rozgrywające się na naszych oczach. Po lekturze zapamiętujemy ich naukowy zapał, ciekawskość, a także sposób w jaki potoczyły się ich losy. Same ich wizerunki nie zapadają jednak w pamięć, ale też nie muszą. Tanabe na pierwszym planie stawia tajemniczą historię opowiadania W górach szaleństwa, chcąc by nasza reakcja na jej odkrycie była naprawdę intensywna. Tak też się zresztą dzieje.
Cudownie mroczne i niepokojące są ilustracje autora. W szczególności pozaziemskich istot, o których jest tutaj mowa. Z jednej strony przerażają, a z drugiej strony jakby zniewalają czytelnika. Nie sposób oderwać od nich wzroku choć ma się wrażenie, graniczące z pewnością, że spotkania z nimi nie sposób przetrwać. Do samego stylu twórcy mangi trzeba się przyzwyczaić. Ta mieszanka bieli, czerni i szarości oraz detali początkowo może być bowiem nieco przytłaczająca. Z czasem zaczyna jednak robić ogromne wrażenie.

Studio JG przedstawia nam ten wciągający tytuł w przepięknym, liczącym ponad 600 stron wydaniu. Twarda oprawa, ilustrowane brzegi, no i sama okładka. Taką pozycję na swojej półce powinien mieć każdy miłośnik Lovecrafta i mangi. Sama historia, jak już kilka razy to podkreśliłem, wciąga, hipnotyzuje, a po jej lekturze mamy ochotę na więcej!
Ocena: 8,5/10
