Nieraz pisałem już, że żyjemy w czasach, w których dobrze sprzedaje się nostalgia. To właśnie dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć całe mnóstwo powrotów kultowych filmów i ich bohaterów na srebrnym ekranie. Od Luke’a Skywalkera, przez Batmana Michaela Keatona, aż po Axela Foleya, którego w 2024 r. zobaczymy w czwartej odsłonie Gliniarza z Beverly Hills. Wciąż mamy jednak 2023 r., a ten jeśli chodzi o powroty należał do pewnego pana w fedorze. W tym przypadku wiemy jednak, że jest to z całą pewnością jego ostatnia przygoda. Mowa oczywiście o filmie Indiana Jones i artefakt przeznaczenia.
W kinach powrót Indy’ego mogliśmy zobaczyć latem. Z kolei spóźnialscy na streamingową premierę filmu musieli czekać do niedawna, bo do 1 grudnia. Ja zaliczam się do tej grupy, choć ze względu na słabą ofertę miejscowego kina. Mniejsza z tym. W końcu miałem szansę sprawdzić, czy ten ostatni rozdział przygód archeologa/awanturnika jest godny franczyzy, w którą życie tchnęli George Lucas, Steven Spielberg i Harrison Ford.
Czas. To motyw przewodni filmu w reżyserii Jamesa Mangolda. To z nim wiąże się tytułowy artefakt, który jest nie tylko źródłem fantastycznej przygody, rozgrywającej się na naszych oczach. Dla głównego bohatera to bowiem także okazja kontemplacji jego życia, obranych przez niego ścieżek, wspomnienia utraconych najbliższych. Wszystko kręci się wokół czasu, który płynie nieubłaganie. Przypominają nam o tym nie tylko przeróżne żarciki, które tu i ówdzie twórcy filmu wrzucają, przede wszystkim w usta doktora Jonesa, ale także sekwencja otwierająca to widowisko.
Piszę o tym nie bez powodu. Zaczynamy bowiem od krótkiej podróży w przeszłość, do czasów II wojny światowej. To z kolei wiąże się z zobaczeniem cyfrowo odmłodzonej wersji tytułowego bohatera. Wygląda to naprawdę przyzwoicie choć głosu 81-letniego Harrisona Forda, wcielającego się w 70-letniego Jonesa nie udało się odmłodzić. To jednak nic. Odrobina technologicznej magii, pracy kaskaderów i dostrzegamy to tylko przez chwilę. Akcja jest bowiem szybka, niebezpieczna, w starym, dobrym stylu i to na niej się skupiamy.
Można by powiedzieć, że Indiana Jones i artefakt przeznaczenia, to po prostu kolejna przygoda Indy’ego. Utrzymana w znanym nam tempie i stylu, z wciąż zadziornym i odważnym bohaterem, choć już zdecydowanie starszym. Stąd też pojawiają się młodsze postaci, które naszego awanturnika odciążają. Jedną z nich jest Helena Shaw, jego chrześniaczka, córka Basila, którego oglądamy w sekwencji otwierającej film. I tutaj trzeba pochwalić twórców filmu za wybór Phoebe Waller-Bridge do tej roli, gdyż sprawdza się w niej znakomicie. Można wręcz powiedzieć, że skradła tutaj show i jest prawdziwym MVP produkcji Disneya.

Oprócz nielicznych scen, w których użycie green screena jest oczywiste i widać je gołym okiem, w filmie jest mnóstwo zapadających w pamięć sekwencji akcji. Przede wszystkim cieszy fakt, że twórcy nie poszli za współczesnym trendem wedle którego wiele tytułów stawia na ilość i efektowność kosztem jakości. Nie idą w rozdmuchaną do granic możliwości rozpierduchę, lecz dobierają rozwiązania z jednej strony oryginalne i może nieco prostsze, a z drugiej kojarzące się nam z przygodami Indiany. Tak jest w przypadku bohatera uciekającego przed nazistami w pociągu, jazdy konnej po nowojorskim metrze, czy pościgu po wąskich ulicach Marakeszu.
O czym jeszcze powinienem wspomnieć? Jest akcja i przygoda, jest humor, ale nie brakuje też dramatu i emocjonalnych momentów. James Mangold nie zapomina, że Indy to już starszy i mocno doświadczony przez życie mężczyzna. Wraz z rozwojem fabuły poznajemy osobiste dramaty Indy’ego, które odcisnęły na nim swoje piętno. Harrison Ford świetnie te głębokie emocje zmęczonego życiem i pewnymi porażkami bohatera przekazuje nam na ekranie. Niejeden raz się wzruszyłem i tak zresztą być powinno w przypadku finałowej przygody bohatera, z którym tak wielu widzów zżyło się przez lata.

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia to godne pożegnanie dla tytułowego bohatera. Mamy tu wszystko to, za co fani pokochali tę markę. To przygoda z historią w tle i wysokimi stawkami. Jest pełna niespodzianek i zwrotów akcji. Jej twórcy nieraz puszczają oko do najzagorzalszych fanów serii, a jednocześnie udanie wprowadzają nowe postaci. Bawiłem się wyśmienicie i mogę żałować tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, że nie mogłem wybrać się w wakacje do kina, a po drugie, że Harrison Ford nie wskoczy już w buty jednej z najbardziej kultowych postaci popkultury.
Ocena: 7,5/10
