Gwiezdne Wojny: Akolita – recenzja 1. sezonu

Po porażce jaką w moich oczach była ostatnia filmowa trylogia Star Wars, moje spojrzenie skierowało się ku serialowym produkcjom osadzonym w tym uniwersum. W tym przypadku było już lepiej, ale poziom poszczególnych tytułów okazał się być zróżnicowany. Od świetnego Mandalorianina, przez nijaką Księgę Boby Fetta, aż po zaskakująco wciągające animacje takie jak Parszywa Zgraja. Najnowszym z seriali, które powstały na potrzebę platformy Disney Plus są Gwiezdne Wojny: Akolita. Tylko, do której z grup zaliczymy tę pozycję? Przekonajmy się.

Akcja serialu toczy się w okresie Wielkiej Republiki na 200 lat przed wydarzeniami z Mrocznego Widma. Jako, że ani w filmach, ani w serialach, ani nawet w animacjach te czasy nie były jeszcze eksplorowane, już to było dla mnie ekscytującą perspektywą przed seansem nowej produkcji LucasFilm.

W czasach pokoju i rozwoju gwiezdnej Republiki dochodzi do serii morderstw. Jej ofiarami są członkowie zakonu Jedi. Fabuła serialu koncentruje się na śledztwie mistrza Sola, który prowadzi śledztwo w tej sprawie. Kolejne odcinki nie tylko odkrywają narastające zagrożenie ze strony zła, a także przedstawia kryjącą się za całą historią tajemnicę i popełniony w przeszłości grzech.

Gwiezdne Wojny: Akolita zadebiutowały dwoma odcinkami, które zarysowały fabułę, przybliżyły nam sylwetki głównych bohaterów oraz przedstawiły pewien skrawek świata i czasów, w których toczy się akcja serialu. Zobaczyliśmy w nich zakon Jedi z nieco innej strony. Nie jako wojowników i żołnierzy, walczących o utrzymanie pokoju, lecz jako ugruntowaną część Republiki, która bardziej zajmuje się zgłębianiem kolejnych tajemnic Mocy. Ciekawym kontrastem do tego obrazu okazał się wątek morderstw oraz pojawiających się na horyzoncie przedstawicieli mrocznej strony Mocy.

Początek w moim mniemaniu był naprawdę obiecujący. Jednakże, z każdym kolejnym odcinkiem było coraz gorzej. Wręcz przypomniałem sobie koszmar i niespełniony potencjał jaki zaserwowano widzom w postaci Epizodów VII-IX gwiezdnej sagi. Problem tkwi nie w zamyśle twórczyni serialu, pani Leslye Headland, ani nawet samej jego realizacji, lecz w dziwnych, żeby nie powiedzieć bzdurnych rozwiązaniach niektórych postaci.

Od czego by tu zacząć? W zasadzie, to już pierwsza scena serialu nasuwa wobec niego pewne wątpliwości. Oto zostaje bowiem zamordowana mistrzyni Jedi, ale nie przez żadnego Sitha. Nie. Zostaje zabita przy minimalnym udziale Mocy, malutkimi sztyletami przez uczennicę tajemniczego jegomościa, który później identyfikuje się właśnie jako Sith. Praktycznie amatorka zabija mistrzynię i nie ważne jak wielkimi zasobami Mocy mogłaby dysponować gdyby była wyszkolona. To jednak amatorka. No i scena wygląda przeciętnie.

Potem jest nieco lepiej. Poznajemy główne bohaterki, którymi są bliźniaczki. Ich istnienie skrywa sekret, do którego odkrycia z każdym kolejnym odcinkiem się zbliżamy. W ogóle chodzi tutaj o odkrywanie tajemnic, ale sama fabuła za bardzo się nie rozrasta. Ma się poczucie, że jest to malutki wycinek tych czasów i tej Republiki. Wróćmy jednak do tego co obniżyło w moich oczach ocenę produkcji.

Niespodzianka. Jedna siostra jest dobra, a druga zła. Po latach od pożaru ich domu siostry się odnajdują i nie są do siebie bardzo pozytywnie nastawione. Cały czas słyszymy o mistrzu tej złej, czyli Mae i zastanawiamy się która z postaci się nim okaże. Fajerwerków w tym przypadku nie ma, chyba, że ogląda to dziesięciolatek. Zapomniałbym powiedzieć. Giną kolejni mistrzowie, oczywiście za sprawą Mae. Giną z taką łatwością, że w sumie o większą kompromitację Jedi niż ten serial będzie w przyszłości ciężko.

Rozbroił mnie również fakt, że gdy w końcu do akcji wkracza tajemniczy Sith, reakcja Jedi na słowo Sith, którym się przedstawia jest zerowa. Tak jakby nigdy o Sithach nie słyszeli, a wedle kanonu ci powstali jakieś kilka tysięcy lat przed wydarzeniami z filmu Mroczne Widmo. W ogóle mało wspomina się o Jasnej i Mrocznej stronie Mocy, nie ma mowy o tym, że zawsze jest ich dwóch – mistrz i uczeń.

Gwiezdne Wojny: Akolita wedle puenty pierwszego sezonu ma pokazać, że z pozoru idealny zakon Jedi skrywa mroczne sekrety, a jego mistrzowie mają na sumieniu różne grzechy. Szkoda tylko, że dojście do tych faktów następuje dość topornie. Jedi robią sobie biwak w poszukiwaniu zabójczyni i niczym siedmiu krasnoludków ruszają do niezbadanej puszczy, w której przebywa jej kolejny cel. Potem kompromitują się w starciu z Sithem, aż widz może zastanawiać się po co tych rycerzy tutaj tyle nawalono, robiąc z nich mięso armatnie.

Aktorsko serial wypada naprawdę różnie. Pochwalić można chyba co najwyżej Amandlę Stenberg, która wcieliła się w postacie bliźniaczek. Miała podwójną rolę, a więc podwójny wysiłek. Ciężko jest słuchać dukania Jung-jae Lee w roli mistrza Sola, który specjalnie uczył się angielskiego do tej roli i wyszło mu to średnio.

Generalnie, dialogi są tutaj dosyć sztywne, tak samo jak bohaterowie. Twórcy próbują nam chyba pokazać, że zakon Jedi w okresie Wielkiej Republiki działał wedle sztywno określonych zasad. Wszyscy mają identyczne szaty i wypowiadają się w ten sam sposób. Co tu dużo mówić, sprawia to, że stają się nudni, a samo wymachiwanie mieczem świetlnym im nie pomaga.

Bohaterom po prostu brakuje charakteru. Jedną z najbardziej irytujących i najgłupszych postaci jest rycerz Yord Fandar. To taki służbista, który cały czas wszystkim przypomina, że powinniśmy postępować według takich, a nie innych zasad. Najgorsza jest jednak scena, w której pokazują jego gołą klatę. Tylko po co? Naprawdę trzeba chwytać się takich tandetnych rozwiązań, żeby wkupić się w łaski widzów w każdym wieku, a w tym konkretnym przypadku zapewne nastolatków? Nie będę rozpisywał się o tym, że bliźniaczki miały dwie matki, co także sprawia wrażenie wątku wrzuconego tu na siłę.

Czy serial Gwiezdne Wojny: Akolita wyróżnia się czymś na wysokim poziomie? Chyba nie. Jeśli chodzi o efekty specjalne, stronę wizualną produkcji, charakteryzację, kostiumy, itp. to stoją one na poziomie innych seriali z tego uniwersum. To znaczy, wyglądają naprawdę solidnie, ale do filmów im jednak daleko. Mojej oceny nie podniosło nawet wrzucenie dwóch krótkich cameo, które zapowiadają większą historię w przyszłości. Wreszcie można było pokusić się o nowe otwarcie dla uniwersum, a wyszła naprawdę „bezjajeczna” historia.

Nie mam ochoty śledzić dalszych losów któregokolwiek z bohaterów, ale być może jest to po prostu tytuł nastawiony na młodego widza, który nie zjadł zębów na produkcjach ze świata Star Wars. Cytując detektywa Murtaugh z Zabójczej Broni – „Jestem na to za stary”.

Ocena: 5/10

Zdjęcia: StarWars.com

Leave a Reply