Czasami im większy „hype” wokół jakiegoś filmu, tym większy zawód po jego obejrzeniu, gdy nasze oczekiwania nie do końca zgadzają się z ekranową rzeczywistością. Najnowszym tego przykładem, a przynajmniej w moich oczach, jest kolejna z produkcji, należących do uniwersum Obcego, czyli Obcy: Romulus.
Widziałem sporo materiałów promocyjnych, wywiadów z aktorami oraz reżyserem filmu i wszystko to malowało obraz ekscytującego obrazu. Oczywiście, nie wszystkie szczegóły zostały nam zdradzone, ale wystarczyło to bym nie mógł doczekać się obejrzenia tej produkcji. Niestety, szybko okazało się, że Obcy: Romulus okazał się nie być tym, czego się spodziewałem.
Najprościej rzecz ujmując, film opowiada historię grupki młodych ludzi, którzy wiodą podłe życie na kolonii nadzorowanej przez firmę Weyland-Yutani. Jej mieszkańcy padają tam jak muchy, gdyż warunki bytu pozostawiają wiele do życzenia. Rain Carradine po odbębnieniu swojego kontraktu planuje w końcu opuścić to miejsce wraz ze swoim przybranym bratem, syntetykiem (androidem). Tylko jak widzowie mają okazję się dowiedzieć, a bohaterka nie, Firma oszukuje mieszkańców i eksploatuje ich aż do śmierci, nie zezwalając na wyloty z kolonii.
Dziewczyna ma na szczęście znajomych, a ci wpadają na plan niezgodny z prawem, lecz zdający się być jedynym remedium na ich problemy. Polecą na orbitującą wokół kolonii stację (choć początkowo myślą, że to zwykły statek), zgarną stamtąd kapsuły hibernacyjne i odlecą do najbliższego niezależnego układu. Tylko, że stacja skrywa mroczną tajemnicę, a ta związana jest z badaniami nad tytułowym Obcym. Dalej, film to już w zasadzie typowy horror-pułapka, pokazujący jak młodzi próbują przeżyć.
Moim głównym problemem był fakt, że w zbyt wielu miejscach na myśl przychodził mi oryginalny film Ridleya Scotta z 1979 r. Miałem nadzieję, że będzie to jednak oryginalna historia, ale po prostu osadzona w tym uniwersum. Tutaj od początku dano nam jednak do zrozumienia, że istotne dla dalszego rozwoju fabuły jest powiązanie z tamtym filmem. W końcu skądś te Ksenomorfy do badań musieli wziąć, więc zgarnęli je z resztek Nostromo. Do tego dochodzi jeszcze syntetyk Rook, którego resztka jakoś przetrwała, a którego cel się nie zmienił, a zawsze jest nim działanie dla dobra Firmy.

Poza tym, mamy silną bohaterkę, która wytrwale dąży do celu jak Ripley, zmierzający ku zagładzie statek i oszukujące się postaci, którym zależy na przeżyciu, a nie na przyjaźni. Sama koncepcja filmu oczywiście jest prosta i wraz z wieloma wymienionymi przeze mnie elementami nawiązuje do Obcy – 8. pasażer Nostromo. Jakoś nie mogłem skupić się na samym Romulusie bez myślenia o oryginale i to w jakimś stopniu osłabiło jego końcową ocenę.
Powyższe nie oznacza jednak, że zabrakło pomysłów oryginalnych. Przede wszystkim, młody zespół bohaterów można interpretować w taki sposób, że film skierowany jest do takiego grona widzów, a także tych, którzy z Obcym niespecjalnie mieli do czynienia. I gdyby właśnie odrzucić na bok dotychczasowe produkcje z tego uniwersum – o ile ta sztuka niektórym z was się uda – to film w reżyserii Fede Alvareza sporo zyskuje. Przede wszystkim mrocznym klimatem oraz bardzo dynamiczną akcją, kiedy już Rain i pozostali pakują się w kłopoty na stacji kosmicznej.

Jeśli chodzi o pozytywne niespodzianki, to pierwszą z nich jest postać syntetyka, przybranego brata i swego rodzaju opiekuna głównej bohaterki, Andy’ego. Najpierw mamy upośledzonego androida, z którego później po nieoczekiwanym up-gradzie robi się przerażający strażnik wartości Firmy, tak naprawdę za nic mający sobie ludzkie życie. Te dwa sprzeczne ze sobą charaktery doskonale oddał David Jonsson, którego ekspresje były momentami fantastycznie przerażające.
Kolejną niespodzianką był sam finał filmu. Widz obserwuje jak głównej bohaterce udaje się przeżyć (cóż za zaskoczenie!), jest rozluźniony i czeka na napisy końcowe, aż tu nagle rodzi się naprawdę okropna, wzbudzająca odrazę hybryda człowieka i Ksenomorfa! Wystarczyło raz spojrzeć by mieć ciarki na całym ciele. Był to obraz iście groteskowy i mrożący krew w żyłach. Choć tak naprawdę sama walka z nim nie wniosła już wiele do fabuły, to sam pomysł należy uznać za oryginalny i logiczny, biorąc pod uwagę różne fabularne rozwiązania, z którymi mieliśmy do czynienia w całej serii, od hodowania obcych, aż po klonowanie.

Ogólnie, zawiodłem się jednak na filmie. Myślałem, że będzie tutaj więcej momentów, w trakcie których widzowie będą podskakiwać z siedzeń, a niczego takiego nie zaobserwowałem. Przebieg fabuły był przewidywalny, a moją koncentrację podtrzymywały w zasadzie głównie wspomniane przeze mnie wcześniej niespodzianki. Sami bohaterowie, choć różnorodni, to poza Rain i Andy nie byli zbyt ciekawi.
Niemniej jednak, pod względem czysto technicznym i wizualnym (efekty specjalne, scenografia, kostiumy, zdjęcia, montaż), Obcy: Romulus prezentuje się naprawdę świetnie. Sceny akcji są spektakularne, ucieczka przed Ksenomorfami imponuje rozmachem, podobnie zresztą jak sama kolonia, którą opuszczają bohaterowie. Dlatego też moje odczucia względem filmu są mieszane. Fabuła mnie zawiodła, ale obraz sam w sobie zachwycił. Znajomość całej serii też przeważyła na tym zawodzie, ale skłoniłbym się jednak do obejrzenia tego tytuły zamiast odpuszczenia go sobie.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Disney
