Sok z żuka to jeden z moich absolutnie ulubionych filmów. W związku z tym wieści o sequelu, w którym powracają główni bohaterowie czarnej komedii z 1988 r. przyjąłem dosyć optymistycznie. Jednocześnie, biorąc pod uwagę fakt jak bardzo cenię tamten tytuł, obniżyłem odpowiednio poprzeczkę, żeby ewentualnie zbytnio się nie zawieść. Czy zatem Beetlejuice, Beetlejuice spełnił moje oczekiwania, czy może jednak okazał się być porażką? Przekonajmy się.
Odpowiedź na powyższe pytanie nie może być jednoznaczna. Film to bowiem kawał solidnej rozrywki i przyjemny sequel, ale zdecydowanie nie bez wad. Jako, że zaczynamy na początku, to trzeba powiedzieć, że najsłabszym elementem produkcji Tima Burtona jest jej wstęp. Akcja zawiązuje się tu bardzo powoli, a ekspozycja bohaterów jest momentami sztywna, a nawet nudna. Powiedzmy sobie jednak o czym tak właściwie opowiada Beetlejuice, Beetlejuice.
Ogólnie rzecz biorąc, mamy tu do czynienia z dosyć stereotypowym scenariuszem sequela, nakręconego po 35 latach od premiery oryginału. Główna bohaterka tamtej produkcji dorosła i założyła rodzinę. Jak to jednak bywa, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Śmierć jej męża doprowadziła do zgrzytów w relacji z córką. Kolejna śmierć w rodzinie ma być okazją do pogodzenia się, ale ostatecznie prowadzi do następnych kłótni i kłopotów. Matka musi uratować córkę, a by tego dokonać musi pokonać demony, a właściwie demona swojej przeszłości i skorzystać z jego pomocy.
Zanim cała historia się rozwija mija jednak sporo czasu, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie, siedząc na sali kinowej. Gdyby nie sceny, w których pojawia się tytułowy bohater oraz cała paranormalna warstwa historii ciężko byłoby przebrnąć przez początek filmu i zarysowanie jego fabuły. Wydaje mi się, że scenarzystom po prostu zabrakło oryginalnego pomysłu na to jak dać kopa tej opowieści by na dobre się rozkręciła. Na szczęście za sterami stanął Tim Burton, który wciąż ma niejedną kreatywną myśl w zanadrzu i ratuje ten przydługi wstęp.
Kiedy akcja zaczyna nabierać tempa w drugiej części filmu, wtedy mamy już świetną rozrywkę. Wtedy to dopiero słychać śmiech na sali, rozluźnienie i po prostu bardzo dobrą zabawę. Jeśli dotrwacie do tego momentu, czeka was niezły ubaw. W zasadzie wszystko co związane z zaświatami i paranormalnymi zjawiskami, co mamy tutaj okazję zobaczyć, doskonale spełnia swoją rolę. Burton jak za dawnych lat świetnie łączy w tych przypadkach humor i grozę.

Momentów, które zapadają w pamięć oraz które chciałoby się wyróżnić jest sporo. Poczynając od rozczłonkowanej Moniki Belucci, składającej się w całość, przez głównego bohatera, który opowiada historię ze swojej przeszłości w stylu starego gotyckiego horroru z włoskim dubbingiem, aż po szaloną muzyczno-taneczną sekwencję z finału filmu, w której bohaterowie wpadają w przezabawny trans, pod komendą Beetlejuice’a. Wszystkie tego rodzaju sceny oraz czas gdy przebywamy w zaświatach stanowią doskonałą, zakręconą rozrywkę i to właśnie dla nich warto obejrzeć film.
Beetlejuice, Beetlejuice to również doskonały powrót do głównej roli Michaela Keatona, który niesie całe widowisko na swoich barkach. Co tu dużo mówić, wszedł w buty Beetlejuice’a jakby nigdy ich nie opuścił. Wciela się w tytułowego demona z tą samą energią, inteligencją i poczuciem humoru co ponad 30 lat temu. Aż żałuję, że nie mieliśmy okazji zobaczyć go częściej w tej roli! Pozostali aktorzy dobrze spisują się ze swoich zadań, ale ostatecznie po prostu bledną przy blasku demonicznego antybohatera.

Muszę podkreślić, że Catherine O’Hara, Justin Theroux, Winona Ryder czy Jenna Ortega odgrywają na swój sposób barwne postaci. W przypadku niektórych mamy mało czasu by odpowiednio je rozbudować, co w szczególności dotyczy córki Lydii Deetz, Astrid. Łatwiejsze zadanie miały pozostałe panie, które wróciły do swoich ról, więc pewną część historii miały już w zanadrzu. Stereotypowy dupek Rory, którego złe zamiary czuć na kilometr również wypada jak należy, dodając nieco innego humoru do filmu.
Tylko rolę pani Belucci ciężko zrozumieć, bo praktycznie nic nie mówi, zostawia za sobą sporo trupów, a finalnie zostaje zaskakująco łatwo pokonana. Zapomniałbym o Willemie Dafoe, którego rola detektywa z zaświatów jest zaskakująco zabawna i zapada w pamięć. Jako MVP trzeba jeszcze wyróżnić jednego z podwładnych Beetlejuice’a, rozśmieszającego już swoją komicznie niewielką głową i zapieczętowanymi ustami Boba (widocznego na zdjęciu powyżej).

Czy zatem Beetlejuice, Beetlejuice sprostał moim oczekiwaniom? W sumie tak, lecz przy obniżonych oczekiwaniach. Film nie dorównuje oryginałowi, ale serwuje kawał dobrej rozrywki współczesnemu widzowi. Za porażkę uznaję sztywne dialogi i ogólnie cały wstęp do filmu, który niejednego widza mógłby skłonić do wyjścia z kina. Odpowiedzialnie za to panowie Miles Millar i Alfred Gough mają już zresztą na swoim koncie wpadki takie jak film Jestem Numerem Cztery oraz seriale Aquaman i Aniołki Charliego, więc można było się spodziewać, że do ideału będzie daleko.
Najważniejsze, że Tim Burton wraca do korzeni i nadal dobrze czuje się w mrocznych klimatach czarnej komedii. Ma świetne, momentami zwariowane pomysły, za które osobiście polubiłem jego twórczość. Do tego idealnie pasuje muzyka Dann’ego Elfmana oraz cała ścieżka dźwiękowa. Na samo zakończenie filmu już myślałem, że naprawdę się zawiodę, widząc cukierkowy, szczęśliwy finał, ale na szczęście była to doskonała zmyłka, która dodatkowo stwarza szansę na kolejną część. Komediowe widowisko z elementami grozy oceniam pozytywnie, a na niższej ocenie zaważyły scenariuszowe niedoróbki z początku produkcji.
Ocena: 6,5/10
Zdjęcia: Warner Bros. Pictures
