Gladiator II – recenzja filmu

Jak zapewne zdążyliście zauważyć, powroty kultowych franczyz, filmów, czy seriali po wielu latach są obecnie bardzo „trendy” w Hollywood. Nawet pomimo faktu, że niejedna z takich produkcji okazała się nie sprostać oczekiwaniom widzów, czego najlepszym przykładem jest ostatnia trylogia Star Wars. Kolejnym tytułem, którego kontynuację mamy właśnie okazję oglądać w kinach jest Gladiator II. W końcu miałem okazję przekonać się, czy wielki „hype”, towarzyszący temu obrazowi miał rację bytu, a moje wrażenia mogą nie przypaść do gustu fanom oryginału.

Niestety, dość szybko sprawdziły się moje przewidywania wobec filmu, które pojawiły się po obejrzeniu jego zapowiedzi. Gladiator II w dużym stopni stanowi bowiem kalkę pierwszej części, a chwilami wręcz przypomina laurkę wobec filmu z 2000 r. Najnowszy obraz Ridleya Scotta opowiada historię Hanno, który wychowywał się i dorastał w Numidii, zaatakowanej przez Cesarstwo Rzymskie. Pragnąć pomścić śmierć swojej żony, wstępuje na pełną gniewu drogę, która ma zaprowadzić do do Koloseum i zapewnić mu zemstę na generale Acaciusie.

Największym minusem filmu jest jego scenariusz. Znalazło się w nim kilka fajnych pomysłów, ale po obejrzeniu pierwszej części, nie miałem ochoty oglądać tej samej historii tylko z innymi bohaterami, a właśnie z tym mamy tutaj do czynienia. Po pewnym czasie, irytujące stały się ciągłe odniesienia do oryginału, które sprawiają, że Gladiator II nie staje na własnych nogach, tylko opiera się na kultowym statusie filmu sprzed dwóch dekad.

Nikt mi nie powie, że nie można było wymyślić zupełnie innej opowieści osadzonych w tym świecie. Nawet jeśli musiało znaleźć się tutaj spoiwo, łączące obie części w postaci zaginionego syna Lucilli. Można również odnieść wrażenie, że film za bardzo stawia na efektowność, na czym cierpi sama fabuła. Co więcej, całości brakuje emocjonalnej głębi, za sprawą której pokochałem Gladiatora i gorąco kibicowałem Maximusowi. Zabrakło tego patosu i siły, którą odznaczał się bohater. Paul Mescal, choć utalentowany, nie jest Russellem Crowem.

Choć w filmie znalazło się wiele gwiazd, to „z pustego i Salomon nie naleje”. Przyznam, że rozśmieszyły mnie do pewnego stopnia głosy Lucjusza i Acaciusa, którzy jakby na siłę starali się nadać im głębszy, mocniejszy wydźwięk. Brzmiało to po prostu sztucznie, tym bardziej gdy znasz głos Pedro Pascala. Momentami wydawało mi się jakby David Scarpa przepisywał scenariusz pierwszej części, tylko używając innych słów. Po prostu za bardzo przypominało mi to Gladiatora w wielu ważnych scenach.

Jeśli chodzi o aktorskie kreacje, to tak naprawdę błyszczy tutaj głównie Denzel Washington, który jako jedyny zdaje się wiedzieć co dokładnie robi. I nawet nie musi silić się na żadnego rodzaju brytyjski akcent. Odgrywana przez niego postać Makrynusa ma w sobie mnóstwo charyzmy i za każdym razem przykuwa naszą uwagę i kradnie niejedną scenę w filmie. Została najlepiej i najdokładniej napisana, a do tego brawurowo zagrana. Ciekawie prezentują się również Fred Hechinger i Joseph Quinn jako szaleni cesarze Karakalla i Geta, ale to wciąż waga piórkowa przy wadze ciężkiej Washingtona.

Muszę wspomnieć jeszcze o kilku minusach i negatywnych aspektach filmu, które rzuciły mi się w oczy. Cała droga zemsty głównego bohatera zaczyna się od śmierci jego żony, którą kazał zabić Acacius w trakcie podboju Numidii. Tylko, że cała sytuacja wyglądała komicznie. Kobieta strzelała z łuku i generał wskazał swoim podwładnym, żeby ją zastrzelić, choć łuczników było tam zdecydowanie więcej. Przyznacie, że nie brzmi to wiarygodnie, prawda?

Dziwny jest też początek, który stanowi streszczenie Gladiatora. Tylko jaki ma to sens, skoro przez następne dwie godziny fabuła filmu odnosi się regularnie od oryginału? Sam film chwilami wydaje się być strasznie pocięty, a historia nie jest przez to płynna. Scott zaczyna jedną scenę, później przechodzi do zupełnie innej, a następnie wraca do poprzedniej by ją dokończyć. Jednym z najdziwniejszych momentów jest, na przykład scena pocałunku Acaciusa i Lucilli, która ledwo się rozpoczyna, a kamera zjeżdża na dwa psy, należące do kobiety.

Być może, jeśli nie widzieliście pierwszej części, bądź nie przypomnieliście jej sobie przed seansem Gladiatora II, będzie on dla was przyzwoitą rozrywką. Sceny akcji są tutaj spektakularne. Bitwa morska na początku filmu i późniejsze walki w Koloseum, wzbudzają w nas ogromne pokłada adrenaliny, choć chwilami efekty specjalne, a w szczególności wygenerowane przy ich pomocy zwierzęta (w szczególności dzikie małpy) wołają o pomstę do nieba.

Filmowi Ridleya Scotta nie można odmówić rozmachu i efektowności. Do tego cały Rzym, scenografia i kostiumy prezentują się niesamowicie i pozwalają widzowi z łatwością przenieść się w czasie i przestrzeni w trakcie seansu. Jeśli stawiacie na krwawą i brutalną walkę i widowiskowość, to tej tutaj nie brakuje. Ja w większym stopniu skupiam się jednak na fabule, która mimo świetnego wątku Makrynusa, walki o przejęcie władzy mnie nie przekonała. Przede wszystkim za sprawą deja vu jakie wywołuje historia Lucjusza. Tym samym, pomimo kilku pozytywnych aspektów, obraz pozostawił we mnie spory niedosyt.

Ocena: 6/10

Zdjęcia: Paramount Pictures

Leave a Reply