Aladyn (1992) – recenzja filmu

Gdzie się podziały te prostsze czasy, gdy nie filmowcy nie przejmowali się tym co sobie pomyślą inni, czy kto poczuje się urażony i tworzyli oryginalne historie, przy których wszyscy dobrze się bawili? Dzisiaj żyjemy w czasach, gdy przed kultowymi animacjami pojawia się ostrzeżenie o „szkodliwych stereotypach”, które dziś nie są akceptowalne. Właśnie obejrzałem jeden z takich tytułów i jakoś nie zauważyłem by ktoś miał się w związku z nim obrazić. Za to seans Aladyna, bo tym filmie mowa, upłynął mi pod znakiem doskonałej rozrywki.

Animacja Disneya miała premierę w 1992 r., nieco ponad rok po moich narodzinach, a więc dawno temu. To były zupełnie inne czasy, co zresztą widać po tym jak film został skonstruowany, czy z jakim poczuciem humoru mamy w nim do czynienia. Co jednak zaskoczyło mnie najbardziej, po ponad 30 latach od debiutu Aladyna w kinach, wciąż wygląda on po prostu znakomicie.

Aladyn został luźno oparty na jednej z baśni Księgi tysiąca i jednej nocy. Opowiada historię tytułowego bohatera, ubogiego złodziejaszka, który ledwo wiąże koniec z końcem. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje uciekającą z pałacu i ukrywającą się księżniczkę Dżasminę, a później wchodzi w posiadanie magicznej lampy. Ta skrywa w sobie dżinna, który spełni trzy życzenia jej posiadacza. I tak zaczyna się ta magiczna opowieść Disneya.

Humor, akcja i piosenki. Te trzy elementy doskonale łączy w sobie Aladyn. Jeśli chodzi o pierwszy z nich, świetną pracę wykonał tutaj przede wszystkim Robin Williams, który użyczył głosu dżinnowi, choć sam scenariusz jest bardzo dopracowany. Wszechmocny bohater za sprawą swoich zdolności ma duże możliwości popisu i z nich korzysta, a to co chwila przemieniając się w kogoś innego, a to naśladując Jacka Nicholsona, rzucając żartami z rękawa i zaskakując musicalowymi numerami.

Akcji oczywiście też jest co nie miara. Wrażenie robi zwłaszcza ucieczka Aladyna i jego małpki Abu z Jaskini Cudów na latającym dywanie, pełna zagrożeń, niespodzianek i momentów, w których wstrzymujemy oddech. Cały film jest przepięknie zanimowany i ciężko uwierzyć, że ma on ponad 30 lat. Wiele współczesnych „bajek” może pozazdrościć przebojowi Disneya tej dynamiki, a zarazem lekkości, z którą przechodzimy przez całą historię.

No i na koniec mamy jeszcze piosenki. Przepięknie zaśpiewane przez Williamsa oraz Leę Salongę, Brada Kane’a, Jonathana Freemana, Bruce’a Adlera oraz Roberta Brysona i Reginę Belle. Podejrzewam, że nie tylko ja po seansie filmu nie mogłem przestać podśpiewywać chociażby kultową Arabską noc, która jak raz wejdzie w ucho, zostaje tam na dobre.

Aladyn to opowieść o dostrzeganiu własnych błędów (w końcu prawo zostaje zmieniona i Dżasmina nie musi poślubić księcia), pokonywaniu przeciwności losu (Aladyn, który ostatecznie wiąże się z ukochaną księżniczką, choć zaczyna jako złodziejaszek) oraz o tym, że kłamstwo nie popłaca (upadek złowieszczego Dżafara, którego plan wydawał się nie mieć luk). Może i jest to prosta historia, ale czasami nie trzeba wiele kombinować, by stworzyć film, który przyswaja się błyskawicznie i stanowi wspaniałą rozrywkę dla widzów w każdym wieku.

No i nie dostrzegłem w nim niczego, co mogłoby kogokolwiek obrazić, więc skończmy już z tą nadwrażliwością i dajmy artystom więcej wolności. Wtedy z pewnością obejrzymy jeszcze równie dobre co Aladyn, nowe filmy.

Źródło: 8/10

Zdjęcia: Disney

Leave a Reply