Ostatnie lata zdają się funkcjonować według zasady – „Rok bez remake’u klasyka, rokiem straconym”. Podążając według tego stwierdzenia, w grudniu 2024 r. w kinach zadebiutowała nowa wersja niemego filmu z 1922 r. F. W. Murnaua, Nosferatu. Za produkcję wziął się znany z mrocznych produkcji Robert Eggers, więc z miejsca horror zapowiadał się ciekawiej niż większość remake’ów, ale czy sprostał moim oczekiwaniom? Przekonajmy się.
Historia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Młoda kobieta składa przysięgę tajemniczej, nadprzyrodzonej istocie, która ma ukoić jej smutek. Po latach, ta sama kobieta, Ellen, jednak już zamężna i prowadząca poukładane życie, znajduje się na celowniku owej potężnej mocy, nawiedzana przez potwora znanego jako Nosferatu. Ten zwiastuje chaos, zniszczenie i śmierć, podążając do miejsca zamieszkania bohaterki. Tylko, czy uda się go powstrzymać?
Nosferatu to trzymający w napięciu horror, w którym zwykli ludzie stają naprzeciw potężnemu przedstawicielowi zła, którego potęgi nie są w stanie w pełni zrozumieć. To szokujące i mrożące krew w żyłach sceny, w których widzimy chociażby wijącą się w konwulsjach, niczym opętaną Ellen, krwawe łowy przerażającego wampira i spustoszenie jakie ze sobą przynosi. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć kiedy nadejdzie śmierć i to sprawia, że cali w ciarkach wyczekujemy tych momentów w filmie.
Sceny grozy są po prostu fantastyczne. Są najmocniejszym punktem filmu, którego sama fabuła nie robi wielkiego wrażenia. Nie ważne, czy ktoś widział, czy nie widział niemego oryginału, na którym oparł się Eggers. Od początku wiemy, że tytułowego wampira czeka zły los. Nie wiemy jedynie jak reżyser poprowadzi drogę bohaterów od początku do finału. Muszę przyznać, że robi to w stylowy, pełen niespodzianek, nieraz krwawy i brutalny sposób, który oddziałuje na naszą wyobraźnię.

Zdjęcia, muzyka i klimat doskonale się ze sobą komponują, tworząc nastrój grozy jakiego często brakuje współczesnym horrorom. Świetnie spisują się tutaj także aktorzy, ale na wyróżnienia zasługuje według mnie trójka z nich. Lily-Rose Depp, która wciela się w Ellen i chwilami naprawdę sprawia wrażenie opętanej. Willem Dafoe fantastycznie sprawdza się jako naukowiec/znawca okultyzmu, a Bill Skarsgård, który odgrywa tytułowego bohatera, przeszedł samego siebie by odtworzyć postać, kojarzącą się tylko i wyłącznie ze złem. Jego głos, ruchy, spojrzenie w połączeniu z doskonałą charakteryzacją stworzyły monstrum jakiego w żadnym innymi filmie do tej pory nie widziałem.
Jedynym minusem filmu jest wspomniana przeze mnie prostota fabuły. Pełna historia nie specjalnie nas zaskakuje. Oczywiście, są momenty, które wbijają w fotel, przyprawiają o ciarki i są nieprzewidywalne, ale nie dotyczy to ogólnego kierunku w jakim podąża scenariusz. Dlatego Nosferatu to film, który docenią zwłaszcza wielbiciele horroru i ci widzowie, którzy potrafią rozkoszować się detalami.

Poczucie grozy nie ustępuje aż do finału filmu. Po seansie naprawdę czułem jakbym przetrwał coś naprawdę przerażającego. Jeśli jesteś fanem powolnie budowanego, klimatycznego horroru, to jest absolutnie pozycja obowiązkowa.
Ocena: 7/10
Zdjęcia: Universal Pictures
