W ostatnich latach coraz więcej produkcji łączy w sobie elementy horroru i sci-fi. Przykładów tej typu udanych tytułów jest mnóstwo. Od Black Mirror, przez Stranger Things, aż po The Last of Us. Mało który z seriali potrafi jednak do tego miksu dołączyć humor. Ta sztuka udała się na przestrzeni lat nielicznym. Teraz, do tego grona dołącza serial Prime Video, Bondsman.
Serial opowiada historię byłego muzyka, a obecnie łowcy nagród, który w tajemniczych okolicznościach zostaje przywrócony do życia. Wkrótce przekonujemy się, że miało to miejsce nie bez powodu. Teraz, bohater nadal będzie łowcą nagród, tylko, że tym razem będzie musiał polować na demony, które uciekły z piekła, będąc na usługach samego Szatana. Inaczej, sam trafi w to miejsce, gdyż jak z czasem się dowiadujemy, mężczyzna ma swoje za uszami.
Główny bohater, w którego wciela się Kevin Bacon, oraz jego perypetie, w pierwszej chwili przywiodły mi na myśl serię Martwe Zło z Brucem Campbellem. Można odnieść wrażenie, że twórcy nowej produkcji Amazona w jakimś stopniu sugerowali się tamtą franczyzą, łącząc elementy dramatu, komedii i horroru. Jednakże, w przypadku Asha Williamsa mieliśmy do czynienia z zabawą gatunkiem i zdecydowanie większą dawką absurdalnego humoru. W Bondsman, całość zostaje sprowadzona na ziemię, a scenarzyści starają się nadać historii większego stopnia realizmu i wiarygodności.
Na przestrzeni ośmiu odcinków serialu śledzimy perypetie Huba Hallorana. Kiedyś miał wszystko. Żonę, syna i dobrze zapowiadającą się karierę muzyczną. Teraz jest nieco zgorzkniałym rozwodnikiem, który zdecydowanie nie lubi nowego partnera swojej żony (i wice wersa), a w swoim zawodzie nie jest wybitny, o czym mamy okazję się przekonać. No i na głowie wisi mu matka, z którą mieszka, i która często przypomina mu o jego błędach. Działając na granicy prawa, Hub poluje na demony, które opętały ludzi, a wkrótce w ślad za spustoszeniem jakie za sobą pozostawiają, podąża także policja.
Nasz główny bohater to facet z charakterem i tego charakteru nadaje mu Kevin Bacon, który w roli Huba spisuje się bardzo dobrze. Ma się jednak wrażenie, że reszta gwiazdorowi nie dorasta do pięt. Scenariusz serialu ma jednak swoje mankamenty. Przede wszystkim jest dość schematyczny. Podążamy od jednego demona do drugiego, by w międzyczasie okazało się, że ich działanie na Ziemi nie jest przypadkowe, a to prowadzi do wielkiego finału. Nie jest to najbardziej oryginalna historia, choć sam pomysł na serial uważam za ciekawy.

Spodziewałem się, że Bondsman lepiej wykorzysta krwawą stylistykę horroru. Choć nie brakuje momentów grozy, czasem krwawych i brutalnych, to nie zapadają one w pamięć. Gdyby serial stanął w szranki z Ash kontra Martwe zło, to poległ by sromotnie pod tym względem. Niemniej, nowa produkcja Prime Video nie ma wielkiej konkurencji w tym gatunku, więc sam fakt, że łączy w sobie te elementy i robi to przyzwoicie, przyciąga widza.
Szału nie ma także pod kątem samych demonów, które są związane z konkretnymi żywiołami, ale w sumie nie wykorzystują w pełni możliwości jakie one niosą ze sobą. Efekty specjalne w miarę możliwości wypadają naturalnie i zakładam, że budżet serialu nie był ogromny, więc być może nie mogliśmy się spodziewać wiele więcej. No może z wyjątkiem finału.
Finał 1. sezonu zaskakuje, jest spektakularny i spina ze sobą wszystkie wątki. Jednocześnie, świetnie podkreśla charakter Huba, który ma na koncie swoje grzeszki i nie uczy się na swoich błędach. Finał zupełnie zmienia układ sił w serialu i ekscytuje przed ewentualną kontynuacją, która fabułę wywróci do góry nogami. Zakończenie jest naprawdę udane i szokujące. Tak to się powinno robić.

Co więcej można powiedzieć o Bondsman? To przyzwoity serial. Połączenie czarnej komedii i horroru. Ogląda to się naprawdę przyjemnie, ale bądźmy szczerzy, „dupy nie urywa”. Warto obejrzeć dla samego Kevina Bacona i zwrotu akcji z finału. Chciałoby się, żeby twórcy pozwolili sobie na więcej szaleństwa i absurdu, wzorem pierwszych części Martwego zła, ale i tak otrzymujemy tutaj naprawdę porządną rozrywkę.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Prime Video
