Thunderbolts* – recenzja filmu

Większość z nas, na jakimś etapie naszego życia, zmaga się z różnego rodzaju traumatycznymi przeżyciami. Potrafią one odcisnąć na nas trwałe piętno i nie zawsze potrafimy sobie z nimi poradzić. Ostatnim miejscem, w którym spodziewałbym się poruszenia tego tematu jest uniwersum Marvela, ale najnowszy film studia, zatytułowany Thunderbolts* właśnie o nim traktuje! To jednak nie wszystko co ma do zaoferowania.

Najnowsza produkcja Marvel Studios nie była najbardziej wyczekiwanym filmem tego roku, ani nawet poprzednich lat. W końcu nie zbiera największych bohaterów tego świata, lecz bardziej drugoplanowe postacie, a na dodatek antybohaterów i po prostu ludzi, którzy mają swoje „za uszami”. O niektórych z nich część fanów mogła wręcz zapomnieć, np. Ava Starr/Duch, John Walker/U. S. Agent, Antonia Dreykov/Taskmaster. Pozostali bardziej zapisali się w pamięci widzów, a są to Yelena Belova, Alexei Shostakov/Red Guardian i Bucky Barnes/Zimowy Żołnierz.

O czym opowiada Thunderbolts*? Najprościej rzecz ujmując, Valentina Allegra de Fontaine, podejrzana postać, która od pewnego czasu pojawia się w MCU, przeprowadzała eksperymenty, mające na celu stworzenie „najpotężniejszego herosa Ziemi”, co wiązało się z pewnymi niemoralnymi wyborami. By utrzymać projekt w tajemnicy, często korzystała z usług niezależnych wykonawców, w tym wcześniej wymienionych bohaterów.

Teraz, będąc na celowniku specjalnej komisji, de Fontaine próbuje się pozbyć wszystkich, dosłownie wszystkich dowodów, łączących ją z projektem. Nie wszystko idzie jednak po jej myśli, a to prowadzi do pojawienia się nowego bohatera, uwolnienia mrocznych mocy, związanych z jego niestabilną osobowością oraz zjednoczenia herosów, których wielu uważa za totalną porażkę, by pokonać złoczyńców.

Tak to właśnie wygląda. Z pozoru, brzmi to jak opis jednej z wielu produkcji MCU. Czym zatem Thunderbolts* wyróżnia się na ich tle, że wielu krytyków i widzów (w tym ja), wysoko ocenia ten tytuł. Przede wszystkim, film w reżyserii Jake’a Schreiera daje czas by rozbudować wątki poszczególnych postaci. Myślę, że nawet jeśli nie widzieliście wszystkich wcześniejszych produkcji Marvela, w których bohaterowie tego filmu się pojawili, to bardzo dobrze zrozumiecie ich historię, charakter i wewnętrzne zmagania.

Aktorzy i aktorki dostali szansę by popracować nad swoimi rolami i to widać. Trzeba podkreślić, że w filmie mamy do czynienia z naprawdę utalentowaną grupą ludzi. Florence Pugh, David Harbour, Wyatt Russell, Sebastian Stan, Julia Louis Dreyfus, to tylko niektórzy z nich. Niemal od pierwszego zebrania bohaterów w jednym miejscu, czuć między nimi chemię. Jak to ma zazwyczaj miejsce w MCU, jest w tym sporo humoru, choć nie tylko.

Thunderbolts* świetnie się oglądało. Bohaterowie i kreacje aktorskie to tylko jeden z kilku ważnych elementów filmu. Tempo i akcja są świetne. Kaskaderzy mieli okazję się wykazać i zdecydowanie nie zawiedli. Pod tym względem zdążyliśmy już przyzwyczaić się, że Marvel nie schodzi poniżej pewnego poziomu i podobnie jest w tym przypadku. Jedynym drobnym mankamentem w mojej ocenie były niektóre efekty specjalne związane z postacią Boba, które chwilami wyglądały nieco zbyt sztucznie, choć i tak robiły wrażenie.

Nie zatrzymujmy się. Marvel praktycznie we wszystkich swoich produkcjach stara się przemycać sporo humoru, nawet jeśli mamy do czynienia z mroczniejszymi odsłonami MCU. Nie inaczej jest tutaj. W związku z widoczną gołym okiem chemią między bohaterami oraz mocnymi charakterami, dochodzi między nimi do wielu utarczek i przekomarzań, które są źródłem wielu najzabawniejszych interakcji w całym uniwersum! Bryluje tutaj David Harbour i jego rosyjski akcent Red Guardiana, który jest przeświadczony o swojej wielkości i zrobi wszystko by powrócić do lat chwały.

Odhaczyliśmy już kreacje aktorskie, akcję i humor. Teraz przyszła pora na ten nieoczekiwany element, który sprawia, że Thunderbolts* trwale odciska się w naszej pamięci i wiele osób nie tylko nie zapomni o filmie, ale może wręcz dostanie od niego zastrzyku pozytywnej energii. Produkcja porusza bowiem temat ludzkiej psychiki, naszych słabości, traum oraz tego jak można sobie z nimi poradzić.

Choć problemy bohaterów są wyolbrzymione odpowiednio do rangi MCU, widz może się z nimi łatwo utożsamić. Czy dotyczy to wszechogarniającej samotności i otchłani, na krawędzi której nieraz w życiu stajemy, czy poczucia odrzucenia, czy bezsilności. Świetnie wpleciono to w scenariusz blockbustera, rozwijając postacie i niejako uczłowieczając herosów Marvela, którzy też są ludźmi. Wspaniale komponuje się to z humorem, akcją i superbohaterskim światem. Wszystko zagrało tutaj jak należy, a do tego dochodzi jeszcze zdecydowanie nieoczekiwany zwrot akcji z finału oraz dwie sceny po napisach, na których warto zostać w kinie.

Thunderbolts* to w pewnym stopniu powiew świeżości w MCU. Jake Schreier skomponował doskonałą ekipę, upewnił się, że scenariusz filmu to nie tylko „rozpierducha” na kosmicznym poziomie plus humor, z których Marvel słynie, lecz także świetny klimat, ekspozycja postaci i tematyka na czasie (zdrowie psychiczne). No po prostu jest to film, na który warto wydać pieniądze i iść do kina, a po jego seansie nie czujemy się zawiedzeni. Ja bawiłem się doskonale

Ocena: 8/10

Zdjęcia: Marvel Studios

Leave a Reply