Po dwóch bardzo odmiennych odsłonach serii, a w szczególności słabej części drugiej, widzowie mieli prawo zastanawiać się po co Tom Cruise po raz kolejny pakuje się w Mission: Impossible. Minęło jednak całe 6 lat, a krajobraz Hollywood nieco się zmienił. Co jednak ważniejsze, w nowy projekt zaangażował się młody, ambitny i odnoszący już sukcesy reżyser, który przekonał mnie, że warto dać jeszcze jedną szansę franczyzie. Czy jednak Mission: Impossible 3 spełniło moje oczekiwania? Sprawdźmy.
Tym reżyserem, o którym wspomniałem na wstępie, jest J. J. Abrams. Przed 2006 rokiem, w którym Mission: Impossible 3 trafiło do kin, miał on na swoim koncie pracę w roli reżysera nad trzema serialami – Zagubieni, Agentka o stu twarzach i Felicity. Poza tym, napisał scenariusz do takich filmów jak Armageddon, czy Odnaleźć siebie. Z tak wielką produkcją jak przebojowa franczyza akcji Toma Cruise’a nie miał jednak do czynienia. Dało się jednak odczuć jego ambicję, determinację i wyczucie widza, a jak się nieco później okazało, podołał w tym przypadku wyzwaniu, z którym przyszło mu się zmierzyć.
Mission: Impossible 3 to prawdopodobnie najważniejsza odsłona całej serii. Pchnęła ona bowiem franczyzę w odpowiednim kierunku, który później uległ drobnej ewolucji zanim stał się kurą, znoszącą złote jaja. Tutaj narodziła się charakterystyczna formuła rozrywkowego kina akcji, z którą kojarzymy cały cykl, odchodząca od klimatu thrillera, a stawiająca na nieco więcej humoru, z dynamicznymi i spektakularnymi scenami akcji na pierwszym planie.
Ethan Hunt po raz kolejny musi uratować świat. To nikogo nie zaskakuje. Dziwi jednak fakt, że pomimo specyfiki jego zawodu, i zdaje się, że także życiowej misji, agent zakłada rodzinę. To znaczy, zakochał się i planuje ślub, choć w ogóle nie klei się to z niebezpieczną profesją jaką do tej pory się zajmował. Nikt nie kupuje tego, że teraz pracuje za biurkiem, co znajduje potwierdzenie w fakcie, że przyjmuje pierwsze zadanie jakie otrzymuje w filmie. To jest jednak związane z bliską mu agentką, którą miał okazję szkolić, więc całość nabiera osobistego wymiaru. Hunt zapomina jednak, że zawsze mierzy się ze złymi ludźmi i tym razem, może to odbić się na jego nowej rodzinie.

W Mission: Impossible 3 Hunt musi odnaleźć Owena Daviana, handlarza nielegalną bronią oraz informacjami, który zamieszany jest w różne, głośne wydarzenia na świecie. Jak się przekonujemy już w pierwszej scenie filmu, która doskonale wprowadza nas w jego klimat oraz zarysowuje stawki, o jakie będzie toczyć się gra, bezkompromisowy, brutalny i niebezpieczny złoczyńca będzie największym jak do tej pory oponentem dla głównego bohatera, a my sami zastanawiamy się przez większość seansu jak agent IMF poradzi sobie z kimś takim.
Wprowadzenie widza w stan niepewności, satysfakcjonujące zwroty akcji, złożone sekwencje akcji, które zmuszają Toma Cruise’a do przekraczania ludzkich granic w połączeniu z większą dawką humoru (między innymi za sprawą postaci Benjiego, którego gra Simon Pegg) oraz osobistą stawką sprawia, że Mission: Impossible 3 to wybuchowe i efektowne kino akcji, jednak nie takie, w którym zastanawiamy się nad sensem całej historii, a takie, z którego przez cały seans czerpiemy satysfakcję i po prostu świetnie się bawimy.

Nie da się ukryć, że doskonały złoczyńca w postaci Daviana, w którego wcielił się Philip Seymour Hoffman, to jeden z największych atutów filmu. W końcu Hunt ma godnego sobie przeciwnika, a na dodatek takiego, któremu sami z chęcią byśmy „dowalili”. To wielki skurczybyk, mówiąc bardzo delikatnie. Chcemy, żeby główny bohater go pokonał, upokorzył i ocalił świat, a w drodze do wykonania tego zadania, kibicujemy mu z całych sił.
Fabuła filmu, choć patrząc z oddali, nie jest najbardziej skomplikowana i rozbudowana, angażuje nas w 100%. Sceny akcji są dynamiczne i wraz z rozwojem filmu coraz bardziej spektakularne. Tom Cruise znów ma szansę sobie pobiegać, co jest jednym ze znaków rozpoznawczych serii. Tym razem może jednak wykazać się także w scenach bardziej dramatycznych, wyciągając z Hunta sporo emocji. W pamięć zapadła mi zwłaszcza ta część misji, w której ekipa bohatera stara się przeniknąć do Watykanu i tam dorwać złoczyńcę. Jest pomysłowa, zabawna, trzymająca w napięciu i efektowna. Po prostu ma w sobie wszystko.

No i jeszcze te zwroty akcji. J. J. Abrams dobrze się na tym zna, co można zobaczyć chociażby we wspomnianym na początku recenzji serialu Zagubieni. W Mission: Impossible 3 często wydaje nam się, że albo Hunt jest już na pozycji straconej, albo wszystko zmierza we właściwym kierunku, aż tu nagle reżyser wywraca wszystko o 180 stopni. Za sprawą angażującego scenariusza Abramsa, Kurtzmana i Orciego, udaje się uśpić naszą czujność i te niespodzianki jeszcze mocniej na nas oddziałują.
Co jeszcze można powiedzieć o filmie? Świetna obsada, w której prócz Cruise’a i Hoffmana mamy także powracającego Viga Rhamesa, debiutującego w serii Simona Pegga oraz Michelle Monaghan, Jonathan Rhys Meyers, Keri Russell, Maggie Q, czy Billy Crudup, który pomaga Huntowi, ale źle mu z oczu patrzy. Scenariusz może nie wysokich lotów, ale gwarantujący kawał świetnej rozrywki, wyciągający z aktorów i aktorek ich najlepsze cechy. Niespodzianki, dynamiczne sceny akcji i stawka, którą jest rodzina i miłość. Abrams przekracza wszelkie oczekiwania widzów po słabym Mission: Impossible 2 i pcha ten okręt we właściwym kierunku, jedocześnie tworząc jedną z najlepszych odsłon całej franczyzy.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: Paramount Pictures
