Weź old-schoolowy pomysł, dorzuć go do kasowej franczyzy, zgromadź świetną obsadę na czele z powracającą gwiazdą serii, podlej to efektownymi scenami akcji i upewnij się, że to wszystko mniej, więcej ma sens i co otrzymasz? Kolejną odsłonę najlepszej serii akcji XXI w., czyli Mission: Impossible – Ghost Protocol.
Czwarta część przebojowego cyklu Toma Cruise’a na dobre ugruntowała pewien format, którego następne filmy wiernie się trzymały. To właśnie Mission: Impossible – Ghost Protocol jest wyznacznikiem jakości serii. Można co prawda narzekać, że wspomniany format powtarza się później do znudzenia i jest w tym pewna przewidywalność, lecz Tom Cruise i wszystkie osoby, które do niej przez lata zaangażował, zawsze upewniał się, że produkcja zostanie dopracowana w najmniejszych szczegółach i jak miałem okazję się przekonać, nie spada poniżej pewnego wysokiego poziomu.
Rosyjskie kody nuklearne wpadają w niepowołane ręce. Wiadomo zatem kto będzie musiał je odzyskać, prawda? Może i brzmi to jak motyw, który w filmach akcji jest od dawna, chociażby u konkurencji, czyli Jamesa Bonda, no ale misja ma być niemożliwa, więc odpowiednio skomplikowana, więc w trakcie seansu w ogóle o tym nie myślimy. Co najważniejsze dla zadania, które musi wykonać Ethan Hunt, tytułowy Ghost Protocol, to specjalny protokół wykonany przez prezydenta USA, rozwiązujący agencję IMF. Główny bohater będzie miał zatem ograniczone wsparcie, a wrogów o wiele więcej niż do tej pory.
Film skacze od jednej rozbudowanej sceny akcji do drugiej. W międzyczasie, fabuła posuwa się do przodu, bohaterowie zbierają informacje, siedzą na ogonie złoczyńcom, ale czasami zapominają, że nie wszystkim można zaufać. Mamy spektakularne popisy kaskaderskie połączone z wieloma humorystycznymi momentami, a to wszystko w dynamicznym, rozrywkowym stylu, z Tomem Cruisem na pierwszym planie.

Wydaje mi się, że to właśnie w Mission: Impossible – Ghost Protocol mamy najwięcej pamiętnych scen z całego cyklu. Pamiętnych nie tylko ze względu na ich widowiskowość, ale nieraz także poczucie humoru, dynamikę w relacjach między bohaterami, czy nieprzewidywalność. Już sama scena otwierająca, w której agenci odbijają Hunta z rosyjskiego więzienia, w tle słyszmy Sinatrę, a więźniowie sieją spustoszenie, podczas gdy bohater spokojnie, pewnym krokiem zmierza do swojego celu, jest tak stylowa, zabawna i świetnie zrealizowana, że doskonale wprowadza widza w seans filmu. A potem jest tylko lepiej.
Dzisiaj większość widzów i fanów kinematografii pamięta o legendarnej wspinaczce Toma Cruise’a po wieżowcu Burj Khalifa. Scena ta, ile raz bym ją nie oglądał, za każdym razem robi ogromne wrażenie. Zaczynając od tego, że sam Cruise ją wykonuje, przez jej rozplanowanie i wplecenie w nią humoru, aż po jej finał. Wydaje nam się, że już tego nie przebiją, a tu zaraz mamy niesamowity i wizualnie powalający pościg w pustynnej burzy!

Nie mogę również zapomnieć o włamaniu bohaterów na Kreml, a następnie ich ucieczce i bardzo pomysłowym wykorzystaniu technologicznych gadżetów, co jest zresztą jednym ze znaków rozpoznawczych cyklów. No, a Cruise latający na bosaka z gołą klatą po rosyjskich ulicach? Doskonale budowane jest napięcie, co z kolei świetnie balansują fragmenty komediowe, które je rozładowują, w czym pomaga zwłaszcza postać Benjiego. Tak jak już podkreśliłem, mamy tutaj całą gamę pamiętnych scen, który oglądanie jest ogromną frajdą.
Mission: Impossible – Ghost Protocol w udany sposób buduje pewną formułę rozrywkowego kina akcji, która nie obraża inteligencji widza, a jednocześnie jest prosta i przystępna w odbiorze. Charyzma głównego bohatera i jego dążenie do realizacji misji za wszelką cenę, jednak nigdy nie poświęcając życia swoich najbliższych, sprawia, że z zapartym tchem śledzimy jego przygody i kibicujemy mu w wykonaniu niemożliwej misji. Udany debiut zaliczają Jeremy Renner i Paula Patton, a jedynym minusem są jedynie złoczyńcy, którzy po prostu liczą się mniej niż sama misja. Nie umniejsza to jednak wielkiej satysfakcji jaką niesie ze sobą seans filmu.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: Paramount Pictures
