Jednym z najciekawszych reżyserów młodego pokolenia, którego filmy od dobrej dekady śledzę z wielką uwagą, jest Ryan Coogler. W zasadzie od momentu, gdy zobaczyłem film Creed, ma on świetną passę, zarówno pod względem komercyjnym jak i krytycznym. W tym roku, amerykański twórca powrócił z nowym tytułem, w klimacie z jakim do tej pory go nie kojarzyliśmy. Tylko, czy Grzesznicy, to kontynuacja jego serii sukcesów, czy może produkcja do zapomnienia?
Bracia bliźniacy, Smoke i Stack wracają do rodzinnej miejscowości w Missisipi. Otwierają bar dla lokalnej czarnoskórej społeczności, w którym w rytmach bluesa będą oni mogli znaleźć ukojenie i odpoczynek od trudów codziennego życia. Wkrótce okazuje się jednak, że muzyka ich kuzyna przyciąga złe moce, z którymi przyjdzie im zmierzyć się na śmierć i życie.
Pierwsza rzecz jaka rzuciła mi się w oczy to duszny, powoli budowany klimat, który idealnie komponuje się z rytmami bluesowej muzyki. To w końcu gatunek, kojarzący się z dramatami i trudami życia codziennego, stanowiący niejako ucieczkę od nich, a takiej właśnie szukają członkowie lokalnej afroamerykańskiej społeczności. Coogler nie spieszy się w przedstawianiu tego świata, spokojnie wyjaśniając nam z jaką kulturą, tradycjami i historią będziemy mieli do czynienia.
Ekspozycja świata i bohaterów może się nieco dłużyć. Na dobrą sprawę trwa około 40 minut. W tym czasie, oprócz poznania głównych postaci i ich motywacji, reżyser wprowadza element nadprzyrodzony. Atmosfera gęstnieje z minuty na minutę i choć przez długi czas nie znamy antagonistów tej historii, to czujemy pewien rodzaj niepokoju, wiedząc, że stan spokoju i błogości, towarzyszący dobrej zabawie w nowym lokalu, w końcu się zakończy.

Nadprzyrodzony element w interesujący i oryginalny sposób zostaje połączony z historią bliźniaków. Każdy szuka swojego azylu, bezpiecznego miejsce, po prostu spokoju w życiu. Tak jest w przypadku głównych bohaterów, którzy po I wojnie światowej, a później gangsterskiej działalności w Chicago, wracają do domu z pewnym marzeniem. To samo można powiedzieć o mrocznych siłach, wampirach, które tak naprawdę nie mają wyboru i w jakimś sensie są społecznymi wyrzutkami, a żeby żyć muszą uciekać i zabijać. Ta ciekawa korelacja stanowi fundament filmu i przyciągnęła moją uwagę.
Barwnie przedstawiają się również sceny akcji, choć spodziewałem się, że może ich być o wiele więcej. Tak naprawdę, film można podzielić na dwie części, a druga z nich jest niczym wystrzeliwanie z karabinu maszynowego kolejnych sekwencji brutalnej i krwawej walki dobra ze złem. Ich ograniczona przestrzeń zmusza Cooglera do szukania kreatywnych rozwiązań, ale poza klimatem i dynamiką tych scen, żadna z nich nie zapadła mi zbytnio w pamięć. Ich realizacja jest jednak godna pochwały, choć w paru momentach dało się zauważyć użycie CGI.

Co zaś tyczy się samej fabuły, tutaj pojawiły się u mnie pewne zarzuty wobec Cooglera. Wspomniałem już o bardzo długim wprowadzeniu do filmu. Co chyba najważniejsze, w trakcie tego wstępu nie poczułem, żeby bohaterowie zostali na tyle głęboko pokazani, bym znalazł z nimi jakąś nić porozumienia. Choć pierwsza połowa ciągnie się momentami wręcz niemiłosiernie, to w poszczególnych momentach błyskawicznie zostają nam przedstawione wątki postaci (porzucona dziewczyna, zmarła córka, sprzeciw ojca). Przez to nie zależało mi bardziej na ich losie, tym bardziej, że po zwiastunach spodziewałem się krwawej jatki, która w końcu nadeszła, a z jej przebiegu klarownie wynikało, że to nie skończy się dobrze dla większości bohaterów.
Szkoda tego scenariusza, bo choćby Michael B. Jordan w podwójnej roli wypada bardzo fajnie, a jako lider wampirów ciekawie prezentuje się Jack O’Connell. Wiele innych postaci ma potencjał, ale ich historie są przedstawione w bardzo skrótowy sposób, a przez to Wunmi Mosaku, Hailee Steifeld, czy Miles Caton nie mogą w pełni się wykazać. Bardziej niż sequel chciałoby się obejrzeć prequel filmu, choć ten pozostawia, dość niespodziewanie otwartą furtkę na kontynuację.

Grzesznicy mnie nie znudzili, ale spośród innych filmów Ryana Cooglera, z którymi miałem do czynienia, ten najmniej mnie wciągnął, choć z początku najbardziej mnie zaintrygował. Uważam, że reżyser nie wykorzystał w pełni potencjału tej historii, jej świata i bohaterów. Zdecydowanie doceniam realizację, klimat, wspaniałe bluesowe rytmy i oryginalne splecenie wampirzego motywu z południowym folklorem i opowieścią o szukaniu nowego początku. Niemniej, nie rozumiem masy zachwytów nad tym tytułem i nie żałuję, że obejrzałem go ponad pół roku po kinowej premierze.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: HBO Max

Widzę, że nasze blogi mają coś ze sobą wspólnego. =)
Oceniam ten film całkiem podobnie. No może na mniej zrobił odrobinę lepsze wrażenie.
Proszę wejdź na mój blog i coś skomentuj. To gwarantuje, że niedługo powrócę.
pozdrawiam
https://recenzja137.blogspot.com/
Kacper
PolubieniePolubienie