Lobo: Portret Bękarta – recenzja komiksu

Jeśli nie stronicie od czarnego humoru, a pełne brutalności, wulgarności i absurdu historie przykuwają waszą uwagę, to jest jedna postać, z którą koniecznie musicie się zapoznać. Choć powyższy opis równie dobrze mógłby pasować do opisu wyszczekanego najemnika z Marvela, tym razem przenosimy się do uniwersum DC, gdzie poznajemy bezlitosnego, kosmicznego łowcę nagród, który jest tytułowym bohaterem komiksu Lobo: Portret Bękarta.

Gdzieś na początku lat 2000. w moje ręce trafił zeszyt Lobo: Wyzwolony i choć byłem zbyt młody na ten styl, to właśnie wtedy dowiedziałem się o istnieniu tak pokręconej postaci jak Lobo. Przez lata miałem z nim do czynienia głównie w różnego rodzaju animacjach DC, aż w końcu w moje ręce wpadł jeden z tytułów, wchodzących w skład imprintu DC Compact. Już teraz mogę was zapewnić, że jeśli chcecie zacząć swoją przygodę z kosmicznym łowcą nagród, to najlepiej zacząć właśnie od Lobo: Portret Bękarta.

Na kartach komiksu znajdujemy trzy szalone opowieści. W pierwszej z nich poznajemy pochodzenie bohatera, retrospekcje z jego dzieciństwa oraz jego renomę galaktyce, ugruntowaną za sprawą wymordowania wszystkich mieszkańców swojej planety. No, tylko właśnie nie wszystkich, gdyż jedna z ocalałych to jego upierdliwa nauczycielka, która na dodatek wyskrobała książkę o Lobo. Jakby tego było mało, musi on odeskortować ją do odpowiednich służb i to jeszcze żywą, choć bardzo chce się jej pozbyć. Historia ta idealnie wprowadza nas w ton opowieści i poczucia humoru z jakim będziemy mieli do czynienia.

W drugiej historii mamy już pewne pojęcie kim jest Lobo i na co go stać, ale i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć jak szalona, absurdalna i przezabawna opowieść nas czeka. Bohater ma robotę do wykonania, nic nowego, trzeba kogoś zabić. Tylko, że ma do czynienia z twardzielem, a ten go… zabija. No i nasz Lobo trafia do zaświatów i jak niebawem się przekonujemy, nawet tam nikt nie chce mieć z nim do czynienia. Granice absurdu zostają przesunięte, a twórcy komiksu nie oszczędzają nawet samego Boga.

Na koniec została nam urocza, świąteczna opowieść, w którym Lobo dostaje zlecenie na Świętego Mikołaja. Więcej chyba dodawać nie muszę, bo można sobie wyobrazić, że łowca nagród poważnie podejdzie do swojego zadania, a to oznacza, że będzie krwawo, wulgarnie i brutalnie. Na Gwiazdkę lepiej nie czytajcie tej historii swoim dzieciom, chyba że planujecie wcielić się w rolę Grincha.

Lobo: Portret Bękarta przybliża nam postać głównego bohatera, starając się zrozumieć kim jest i dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. Nie sposób jednak w pełni objąć zrozumieniem kogoś tak szalonego jak Lobo, a to z kolei czyni go bohaterem jedynym w swoim rodzaju. To swego rodzaju studium klasycznego psychopaty, które jednocześnie zachwyca swoją formułą, nielinearnością i złożonością oraz bawi absurdalnymi krokami jakie kosmita podejmuje.

Komiks pełen jest czarnego humoru, moim zdaniem jeszcze bardziej skrajnego niż ten, z którym mamy do czynienia w przypadku Deadpoola. To satyryczne spojrzenie na świat superbohaterów i kosmiczne epopeje. Nihilizm i sprzeciw wobec jakichkolwiek autorytetów głównego bohatera wylewa się z kolejnych stron. Lobo nie ma żadnych zasad, moralność jest mu całkowicie obca, a wszechświat w którym żyje zdaje się być równie absurdalny co on sam. To z kolei przykuwa naszą uwagę, wprowadzając element nieprzewidywalność i chaotyczności.

Styl graficzny Simona Bisleya jest jednym z najmocniejszych i najbardziej rozpoznawalnych elementów komiksu. Nie próbuje rysować idealnie, lecz agresywnie atakując nas z kolejnych stron. Nie każdemu muszą wpaść w oko przerysowane wizerunki bohaterów, ale idealnie komponują się z absurdalnymi wydarzeniami, których jesteśmy tutaj świadkami. Kadry są gęste, dynamiczne, pełne ruchu i przemocy. Akcji mamy co nie miara, a zniszczenie i chaos, które ciągną się za Lobo zostały idealnie oddane. W końcu krew, flaki i destrukcja są integralną częścią narracji wizualnej komiksu.

Lobo: Portret Bękarta to zdecydowanie komiks dla dojrzałych czytelników, który w charakterystycznym stylu serwuje nie lada rozrywkę miłośnikom brutalnej akcji i czarnego humoru. To antybohaterski klasyk, oddający naturę głównego bohatera w całej jego okazałości. Pozycja obowiązkowa dla fanów DC.

Ocena: 7/10

Leave a Reply