2025 rok stał pod znakiem horrorów, z których wiele osiągnęła świetne wyniki komercyjne i krytyczne. Oryginalne produkcje takie jak Grzesznicy, Zniknięcia, czy Together konkurowały z najnowszymi odsłonami popularnych serii, np. Oszukać przeznaczenie: Więzy krwi, czy Obecność 4: Ostatnie namaszczenie. Trend ten dotyczył także świata seriali, w którym największą ekscytację wywoływał prequel filmów To, zatytułowany To: Witajcie w Derry.
Długo wyczekiwany serial zabiera nas do 1962 roku. Jego akcja toczy się w fikcyjnym miasteczku Derry w stanie Maine, znanym z powieści grozy Stephena Kinga, a przede wszystkim właśnie z To. Produkcja pokazuje kolejne pokolenie bohaterów, mierzące się z mrocznymi siłami ukrytymi w mieście, których personifikacją jest morderczy klaun Pennywise.
Serial zdradza przed nami kolejne sekrety dotyczące pochodzenia Pennywise’a, z którym w filmach zmierzył się tzw. Klub Frajerów. Choć fabułę można zrozumieć bez ich obejrzenia, to trzeba podkreślić, że ich znajomość czyni To: Witajcie w Derry zdecydowanie ciekawszą i po prostu lepszą produkcją. Pojawia się bowiem wiele nazwisk, czy wydarzeń, o których choćby częściowo słyszeliśmy w kinowych filmach lub które jakoś do nich nawiązywały.
Wróćmy do samego serialu. Zaczyna się bardzo mocno i zaskakująco brutalnie. Tym bardziej, że część głównych bohaterów to dzieciaki, a dzieci + krwawa jatka = mnóstwo grozy. Ten początek świetnie wprowadza nas w nastrój To: Witajcie w Derry, po którym możemy spodziewać się wszystkiego. Jest krwawo, brutalnie i nie brakuje napięcia. Niestety, utrzymuje się to mniej więcej do połowy 1. sezonu. Później historia zwalnia i jakby zatrzymuje się w miejscu, wywołując dość nużący nastrój, aż do finałowego epizodu.

Jeśli chodzi o największe plusy tego 1. sezonu, to z pewnością na pierwsze miejsce wysuwa się postać Pennywise’a. Mam na myśli nie tylko kreację aktorską Billa Skarsgårda, który ponownie wcielił się w klauna i miał więcej pola do popisu, ale także przybliżenie nam pochodzenia potwora. Choć nie przypadł mi do gustu wybór twórców by do historii włączyć kosmiczne moce, to samo rozpisanie antagonisty zasługuje na pochwałę.
Jeśli chodzi o resztę obsady, to najbardziej w mojej pamięci zaznaczył się Chris Chalk w roli Dicka Halloranna, posiadającego nadprzyrodzone moce żołnierza, tropiącego mroczą siłę w Derry. Narracja w większej mierze prowadzona jest jednak z perspektywy dzieci, a te jakoś specjalnie mnie do siebie nie przekonały. To z kolei tworzy spory problem, bo złapanie emocjonalnej więzi z dzieciakami, będącymi w stałym zagrożeniu, sprawiłoby że widz z odcinka na odcinek martwi się ich losem i dopinguje im z całych sił. Moim zdaniem nie udało się tej niewidzialnej nici porozumienia tutaj wytworzyć.

Na plus trzeba jednak zaliczyć sceny grozy, zwłaszcza te z udziałem najmłodszej części obsady. Są efektowne, ale przede wszystkim zaskakująco brutalne i krwawe. Niby wiedziałem czego mogę się spodziewać po obejrzeniu obu filmów z serii To, a jednak byłem zaskoczony. Już pierwszy odcinek zaznacza, że w To: Witajcie w Derry może wydarzyć się wszystko, a umrzeć może dosłownie każdy. To z kolei sprawia, że oczekujemy kolejnych niespodzianek i przerażających sekwencji i pod tym względem serial nie zawodzi.
Spodobał mi się świat Stephena Kinga, który twórcy postanowili rozwinąć w serialu. Klimat grozy utrzymujący się przez cały 1. sezon również przypadł mi do gustu, na czele z wyczynami Pennywise’a, oczywiście. Ubolewam nieco nad kierunkiem rozwoju fabuły, która była do pewnego stopnia dość przewidywalna i nie wyrywająca się ponad schemat znany z filmów. Jednakże, nie mogę powiedzieć, że serial To: Witajcie w Derry mnie znudził. Zdecydowanie nie. Myślę, że pomimo pewnych uproszczeń przekona on do siebie zarówno nowych widzów jak i fanów Kinga.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: HBO Max
