Czy są tacy aktorzy, których uwielbiacie, ale z wielkim trudem przychodzi wam oglądanie ich filmów? Nieważne czy mówimy o kiepskim scenariuszu, reżyserii, czy nawet marnym aktorstwie. Ja na swojej liście mam kilka takich osób, a na jej szczycie od długiego czasu, z krótką przerwą, mieści się Tom Cruise, a Barry Seal: Król przemytu tylko utwierdził mnie w słuszności mojego przekonania.
Film Douga Limana opowiada opartą na faktach historię człowieka, który szmuglował kokainę dla kolumbijskiego kartelu, czy przemycał broń dla CIA do Nikaragui. I już polski tytuł może was nieco zmylić, po prostu stawiając w centrum Toma Cruise’a, a chodzi tu o coś więcej. Oryginalna nazwa tej produkcji, to bowiem „American Made” i właśnie o tym amerykańskim sposobie życia, o amerykańskim śnie opowiada.
Barry sobie lata. Lata, lata, lata. Jest dobry w tym co robi. Nie ma co prawda dużo czasu, ani sił dla swojej rodziny, ale kocha swój zawód. Gdy znikąd pojawia się okazja przeżycia przygody i wsparcia starego, dobrego USA, bohater długo się nie zastanawia i zawiera układ z CIA. Nieważne, że na papierze jest to kiepski pomysł. Kasy z tego nie ma, w domu to już pojawi się tylko sporadycznie, ale co tam.
Śledzimy te wszystkie loty do Ameryki południowej, przy okazji ucząc się nie tylko geografii, ale także historii Stanów Zjednoczonych. Bohater jest bowiem zamieszany w istotne wydarzenia. Pojawia się wątek Iran-Contras i Pablo Escobara. Na papierze wydaje się to być film idealny. Niestety tak nie jest.
Fabuła Barry Seal: Król przemytu prezentuje się zacnie, a zawarte w niej wydarzenia są naprawdę ciekawe. Oglądając to wszystko czułem się jednak znudzony, brakowało mi płynności w przejściu między kolejnymi etapami przygody głównego bohatera.

Tom Cruise słynie z tego, że jest w naprawdę dobrej kondycji fizycznej, szczególnie jak na 50-latka. Dopiero co oglądałem Mumię z jego udziałem i byłem pod wrażeniem. Tutaj ciężko było mi na niego patrzeć. Być może celowo namieszali w jego wyglądzie, tego nie wiem. Wiem jednak, że zna się na lataniu, a sceny w których oglądamy go w kokpicie samolotu ewidentnie sprawiały mu wielką frajdę. W tym aspekcie absolutnie kupiłem Cruise’a jako pilota. Sceny, w których pokazane są odwiedzane przez niego kraje i piękne krajobrazy, mogą zapierać dech w piersiach. Jeśli zaś chodzi o resztę, to nie ma sensu się w niej zanurzać.
Ciężko było mi przetrwać przez każdą kolejną scenę Barry Seal: Król przemytu. Na szczęście pomocna okazała się być ścieżka dźwiękowa. Tyczy się to zarówno oryginalnych kompozycji, pełnych energii i nut nasuwających na myśl przygodę w stylu Indiany Jonesa oraz utworów pochodzących z okresu, w którym ma miejsce akcja filmu (końcówka lat. 70, wczesne lata 80.). W pamięci zapadła mi jednak cudowna wiązanka utworów muzyki klasycznej „Hooked on Classics”, którą musicie przesłuchać.
Na DVD znajdziecie wiele dodatków, w tym m. in. usunięte sceny, kulisy powstawania filmu oraz wywiad z reżyserem Dougiem Limanem i odtwórcą głównej roli. Jeśli to dla was za mało, to do płyty została dołączona książeczka, w której poczytacie o tym jak doszło do przeniesienia tej szalonej historii na szklany ekran oraz jak udało się zaangażować Toma Cruise’a.

Gdybym miał to wszystko podsumować, powiedziałbym że z fajnej historii zrobiono dosyć nudny film. A szkoda, bo podejrzewam że niewiele osób słyszało o Barrym Sealu, a dobrze by było gdybyśmy wszyscy o nim usłyszeli. Jednak nie kosztem wydania pieniędzy i zaśnięcia po 20 minutach akcji. Nie wysiedziałbym na nim dwóch godzin w kinie. Toma Cruise’a nadal stać na o wiele więcej, ale dla scjentologów liczy się kasa, więc na coś poważniejszego w jego wykonaniu musimy jeszcze poczekać.
Ocena: 6/10
