Kong: Wyspa Czaszki – recenzja filmu

Dzisiejsza popkultura, w dużej mierze za sprawą wielkich franczyz, przesycona jest popularnymi bohaterami. Nieco inaczej rzecz się miała w XX wieku. Mieliśmy co prawda Gwiezdne Wojny, a w telewizji Star Treka, ale musiało jednak minąć trochę czasu nim zyskały swój obecny status. Jeśli chodzi o naprawdę legendarną postać, która w ciągu ostatniej dekady zyskała nowe życie, to z pewnością jest nią pewien gigantyczny goryl. Nowy rozdział jego historii możemy obejrzeć w filmie Kong: Wyspa Czaszki.

Powracamy do korzeni. Tytułowa Wyspa Czaski, podobnie, a nawet bardziej niż w oryginalnym filmie z 1933 r., jest centralnym punktem filmu. Już pierwsza scena, bardzo naturalnie wpisana w historię naszego świata (1945 r., II wojna światowa, Pacyfik), daje nam przedsmak tego, do czego zdolny jest Kong. O tym, co ich czeka na wyspie, nie wiedzą jednak członkowie wyprawy badawczej, choć z porządną, wojskową obstawą.

Kong: Wyspa Czaszki zabiera nas do 1973 roku. Podobnie jak w przypadku filmu Godzilla, tak i tutaj otrzymujemy, wprowadzający nas w klimat historii montaż, który nakreśla wydarzenia historyczne tamtego okresu, choćby wątek wojny wietnamskiej. Ponownie pojawia się tajemnicza organizacja Monarch, a należący do jej szeregów Bill Randa planuje zbadać niedawno odkrytą, legendarną Wyspę Czaski. Zbiera ekipę, od weteranów kończącego się konfliktu, przez tropiciela, który odnajdzie się w niebezpiecznej dżungli, aż po pewną panią fotograf.

Bohaterowie nie wiedzą, co wydarzy się, gdy znajdą się już w samym pobliżu przestrzeni powietrznej wyspy. Film solidnie buduje napięcie prowadzące do tego momentu, a i tak byłem pozytywnie zaskoczony pierwszym lotem na wyspę. Spodziewałem się tropikalnych istot i zagrożenia jakiego nie mieliśmy jeszcze okazji zobaczyć. Naturalne zagrożenie przeszło jednak moje najśmielsze oczekiwania. Brutalna, krwawa i chaotyczna walka o przetrwanie, z dodatkiem dużej ilości efektów specjalnych, wyjątkowo przypadła mi do gustu.

Zacznijmy może od samego Konga. Wygląda świetnie. Doskonałą robotę wykonali specjaliści od efektów specjalnych, bo ani przez chwilę nie wątpiłem w wiarygodność ogromnego goryla. Jego siła, zwinność i wytrzymałość prezentowały się dokładnie tak, jakbym tego oczekiwał. Twórcom filmu udało się dodać charakterystycznego dla tej postaci elementu empatii, który sprawia, że Konga nie postrzegamy jako potwora. No i goryl nie jest wcale taki niepokonany. On także cierpi i zmaga się z wielkimi wyzwaniami na wyspie. Naprawdę świetnie wprowadzono go do MonsterVerse.

Przyzwoicie wypadają także pozostali bohaterowie Kong: Wyspa Czaszki. Trzeba jednak podkreślić, że film nie daje dużo czasu na ich rozwój. Dowiadujemy się o nich tyle, ile nam potrzeba na rzecz wyprawy, w której biorą udział. Scenarzyści postanowili nie wdawać się w zbędne szczegóły i pozwolić by obsada dodała poszczególnym postaciom własnej charyzmy. Tak też robią przystojny, sprytny i gotowy na poświęcenie James Conrad (Tom Hiddleston), weteran, który nie potrafi oderwać się od wojny i wyrasta na jednego z największych filmowych s****ieli, przewodzący misji Preston Packard (Samuel L. Jackson), czy odnaleziony na wyspie amerykański żołnierz z szaleństwem w oczach, Hank Marlow (John C. Reilly). Nieco mniej daje z siebie John Goodman, ale jego rola jest tutaj mniejsza, niż byśmy tego chcieli. Nie najgorzej wypada nawet Brie Larson w roli pani fotograf. Na bohaterów nie ma tutaj co narzekać.

Spodobało mi się również osadzenie fabuły w latach 70. Solidnie wypadł wątek wietnamski i motyw najeżdżania obcego terytorium oraz obrony swojego domu. Zgrabnie odniesiono go do postaci Konga i obsesji Packarda by go unicestwić. Nie da się jednak ukryć, że sama fabuła filmu jest prosta i w dużym stopniu przewidywalna. Niemniej, Kong: Wyspa Czaszki to zrealizowany z pomysłem, dopracowany na każdej podstawowej płaszczyźnie blockbuster.

W filmie mamy mnóstwo akcji, a Kong nie jest jedyną postacią, w wykreowaniu której spisali się spece od efektów specjalnych. Potworów jest sporo, choć troszkę ma się jednak niedosyt, że nie było czasu skupić się na nich jeszcze mocniej. Kong: Wyspa Czaszki to jednak film, a te jak wiemy rządzą się swoimi prawami. Do akcji, choć w mniejszej ilości, dorzucamy również humor. Głównie za sprawą Johna C. Reilly’ego, grającego na granicy szaleństwa i absurdu. Wszystkie elementy dobrze się ze sobą zgrywają. Od akcji, przez efekty specjalne i zdjęcia aż po muzykę, humor i aktorstwo.

Kong: Wyspa Czaszki nie wymyśla na nowo Ameryki, ale świetnie wprowadza tytułową postać, nie kombinuje, nie sili się na górnolotność i wszystko robi dobrze i solidnie. Właśnie tego oczekuję od tego rodzaju blockbustera. Gorąco polecam i myślę, że wy również będziecie mile zaskoczeni.

Ocena: 7/10

Zdjęcia: Warner Bros.

Leave a Reply