Tron: Ares – recenzja filmu

Hollywood zarabia na wielkich franczyzach, ale można odnieść wrażenie, że widzowie zaczynają być nimi zmęczeni. Trafiają się takie tytuły, które zupełnie nic nie wnoszą do danej serii. Trochę tak jakby były zrobione na siłę, bez głębszego przemyślenia. Dobrym tego przykładem jest trzecia odsłona cyklu science-fiction, zatytułowana Tron: Ares.

Tron: Ares jest trzecią pełnometrażową częścią franczyzy, kontynuującą świat zapoczątkowany przez klasyczny Tron (1982) i Tron: Dziedzictwo (2010) oraz animowany serial Tron: Rebelia (2012-13). Problem polega jednak na tym, że nie wnosi do niego nic nowego, świeżego, ani oryginalnego. Prawdopodobnie właśnie to zdecydowało o finansowej porażce filmu i jego szybkiej premierze na Disney+.

O czym opowiada Tron: Ares? Punktem wyjścia fabuły jest wyścig wielkich korporacji – ENCOM i Dillinger Systems – w poszukiwaniu „kodu trwałości”. Za jego sprawą sztuczna inteligencja będzie mogła zostać na trwałe przeniesiona ze świata cyfrowego do rzeczywistego. To z kolei może doprowadzić do wielkiego przełomu technologicznego. Jednakże, nie wszystkim przyświecają honorowe wartości i w pewnym momencie jedna z firm decyduje się przekroczyć wszelkie granice, by zdobyć kod.

Jak zatem widzicie, tematyka filmu jest aktualna. Niestety, nie oznacza to, że nie jest on nudny. Choć porusza kilka interesujących aspektów związanych ze sztuczną inteligencją, czy ludzką świadomością, nie robi tego w oryginalny, czy nowy sposób. Produkcja stara się wypadać poważnie, by za chwilę przerywać napiętą atmosferę głupimi żarcikami. Na dodatek, tytułowe AI, czyli Ares, bez większego wytłumaczenia zakochuje się wręcz w ludzkim świecie, a zwłaszcza w muzyce. Za dużo tutaj logicznych dziur i przewidywalności.

Tron: Ares to nudni bohaterowie, które nie pomagają słabemu scenariuszowi. Brakuje tu chociażby jednej charyzmatycznej postaci. Tylko Ares ma tutaj bardziej rozwinięty wątek, a i tak wypada on sztampowo, a Jared Leto nie sprawdza się w moich oczach jako sztuczna inteligencja. Losy bohaterów nie mają większego wpływu na widza. Kolejne minuty filmu mijały, a ja bardziej zastanawiałem się kiedy to się skończy i w ogóle nie zależało mi na nikim.

Fabuła jest kiepska, z bohaterami nie jest o wiele lepiej, ale czy film ma jakieś plusy? Zdecydowanie najlepiej wypadają efekty specjalne i wizualna warstwa produkcji. Pod tym względem Tron: Ares przekroczył wręcz moje oczekiwania. Aż człowiek żałuje, że nie potrafili napisać pod tak dobrze wyglądający film porządnej historii. Futurystyczny styl cyfrowego świata naprawdę robi wrażenie i wypada świeżo, jednocześnie nawiązując do estetyki poprzednich odsłon serii.

Z obrazem świetnie komponuje się muzyka. To kolejny naprawdę mocny punkt filmu, który czyni oglądanie nudnej historii znośnym. Ścieżka dźwiękowa nagrana przez zespół Nine Inch Nails nadaje produkcji w reżyserii Joachim Rønninga rytm, energię i klimat cyberpunkowej rzeczywistości. Kolejne utwory utrzymują naszą koncentrację i w tym przypadku również szkoda, że nie udało się napisać oryginalnego scenariusza do tak fajnych kawałków.

Naprawdę nie dziwię się, że Tron: Ares poniósł kompletną porażkę w kinach. Nie wiem jak można było wydać tak ogromne pieniądze (180-200 mln dolarów) na projekt, a nie można było dopilnować by powstała wciągająca historia. Film ma naprawdę świetne elementy, czyli oprawę wizualną, muzykę, czy sceny akcji, ale jest nudny, sztampowy i przewidywalny. Nawet obsada nie czuje klimatu, a to przekłada się na całość obrazu. Był tu potencjał na solidny blockbuster, ale nie udało się go wykorzystać.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: Walt Disney Pictures

Leave a Reply