G. I. Joe tom 2 – recenzja komiksu

Po solidnym początku i wprowadzeniu nas do świata, który część osób kojarzy z kultowych animacji, komiksów i zabawek, w końcu seria G. I. Joe Joshuy Williamsona zaczyna nabierać kształtów w drugim tonie, który wprowadza więcej akcji i wyższe stawki, rozwijając bohaterów i cały świat, co zamierzam wam dziś udowodnić.

Podczas gdy pierwszy tom serii był czystą historią z rodzaju G.I. Joe kontra Cobra, zakończoną starciem Duke’a z Cobra Commanderem, w drugim tomie Williamson wyraźnie zmienia kierunek fabuły, przygotowując dla czytelnika niejedną niespodziankę. Napędzają ją tajemnice, a koncentruje się ona na postaci Baroness.

Bohaterka w towarzystwie Cover Girl wybiera się na przepustkę do Paryża. Nie wie jednak, że nie czeka jej tam nic przyjemnego. Nie będzie czasu by podziwiać piękno stolicy Francji, gdyż Baroness stają się celem żądnego zemsty Majora Bludda! Wprowadzony wcześniej jako drugoplanowy antagonista w miniserii Duke, wyrasta tutaj na poważne zagrożenie dla obu pań. Jest zdeterminowany, by złamać je w wypaczony sposób, a dodatkowo sprzymierza się z sokolnikiem Raptorem.

Odejście na chwilę od głównego konfliktu z Cobrą otwiera przestrzeń dla innych typów opowieści w G. I. Joe. To pozwala na rozwój wielu różnych postaci, takich jak, np. Baroness, która przez dekady w różnych historiach grała rolę złoczyńcy, a tutaj zostaje przedstawiona jako członkini Joe. Taki zabieg buduje intrygujący wątek dotyczący jej prawdziwej lojalności, zwłaszcza gdy konflikt z Bluddem nabiera osobistego charakteru. Warto docenić, że Williamson skupia się nie tylko na tych najbardziej rozpoznawalnych postaciach, o czym świadczy obecność Cover Girl, której tło fabularne — od modelingu do szpiegostwa — zostaje rozwinięte, a jej relacja z Baroness przybiera formę lekkiej, partnerskiej dynamiki.

Jeszcze wyraźniej niż w poprzednim tomie pojawia się tutaj także wątek Transformersów. Clutch odkrywa, że jego jeep niespodziewanie zamienia się w Autobota, Hounda. Podobnie jak w Void Rivals, obecność zaledwie jednego Transformera wystarcza, by podbić atrakcyjność crossoverowego charakteru tego uniwersum. Relacja obu bohaterów wypada bardzo przekonująco i naturalnie, a jednocześnie powoduje dodatkowe napięcia w szeregach Joe, ponieważ Duke, nieświadomy istnienia Hounda, nadal postrzega Transformerów jako tajemnicze i groźne istoty, z którymi zetknął się w bezpośredniej walce.

Po odejściu Toma Reilly’ego z obowiązków rysownika, jego miejsce zajmuje Andrea Milana, znany wcześniej z miniserii Cobra Commander. Choć jego styl nie jest tak dopracowany jak prace Reilly’ego, Milana dobrze odnajduje się w wysokooktanowym świecie G.I. Joe, tworząc efektowne sekwencje akcji dzięki luźnej kresce i dynamicznym układom kadrów. W ostatnim rozdziale następuje jeszcze jedna zmiana — rysunki przejmuje Marco Foderà, co jest dość odczuwalne, ale oprawa graficzna pozostaje wystarczająco solidna.

Dzięki częściowemu odejściu od głównej osi fabularnej, G.I. Joe skuteczniej rozwija zarówno świat przedstawiony, jak i indywidualne wątki bohaterów. Drugi tom pozytywnie zaskakuje i zdecydowanie wciąga. Akcja jest dynamiczna, a relacje między bohaterami złożone i nieoczywiste. Z niecierpliwością czekam na to, co wydarzy się w kolejnym tomie komiksu.

Ocena: 7/10

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania komiksu chciałbym podziękować wydawnictwu NAGLE!

We własny egzemplarz komiksu możecie zaopatrzyć się pod poniższym linkiem: https://www.naglecomics.pl/g-i-joe-tom-2/3-232-187

Leave a Reply