Bardzo często rebooty, czy remake’i już na papierze sprawiają kiepskie wrażenie. Tym bardziej, gdy dotyczą one klasyków, filmów, które zapisały się w historii kinematografii. Do tego rodzaju projektów podchodzę ze sceptycyzmem, zwłaszcza, gdy wiążą się one z moimi ulubionymi obrazami. Tak właśnie było w przypadku nowej wersji Planety małp, która, niestety, okazała się wielkim nieporozumieniem.
Tim Burton, jeden z najbardziej charakterystycznych hollywoodzkich reżyserów, na początku XX wieku, zainspirowany oryginalnym filmem z 1968 roku, powziął wielkie wyzwanie powrotu do świata Planety małp. W głowie miał jednak nie sequel, prequel, czy reboot, lecz nową interpretację tego uniwersum. W końcu udało mu się zrealizować swoją wizję, ale po obejrzeniu produkcji z 2001 r., zastanawiam się jednak, czy przeczytał scenariusz swojego filmu zanim przeszedł do jego produkcji, gdyż ten pozostawia wiele do życzenia.
Na starcie warto podkreślić, że film w bardzo ogólny sposób nawiązuje do oryginału, opowiadając inną historię z kilkoma podobieństwami do produkcji sprzed kilku dekad. Bohaterem Planety małp Burtona jest kapitan Leo Davidson, astronauta pracujący na stacji kosmicznej. Próbując uratować wysłaną w specjalnej kapsule małpę, trafia w anomalię elektromagnetyczną. Dochodzi do katastrofy, po której ląduje na nieznanej planecie, gdzie odkrywa, że inteligentne małpy są dominującą rasą, a ludzie zostali sprowadzeni do roli niewolników. Szybko postanawia jednak się zbuntować i wydostać z tego „piekła”.
To, co rzuca nam się w od razu w oczy, to większe postawienie na akcję i w zasadzie odrzucenie filozoficznej głębi oryginału. Burton bardzo szybko zaznacza panującą na planecie hierarchię, a także ideologię głównego bohatera i małp. Ludzie dobrzy, małpy złe, choć kilka z nich mu pomaga. Scenariusz sprawia wrażenie niedopracowanego, a przynajmniej jakby wycięto z niego kilka istotnych scen. Historia jest banalna, a plany Davidsona zbyt łatwo udaje się zrealizować, mimo hord nieprzyjaznych małp wokół.

Choć kostiumy i scenografia robią tutaj pozytywne wrażenie, to nie ma się wrażenia żeby były przełomowe tak jak w przypadku oryginału. Nie udaje się jednak dobrze oddać pełni emocji małpich bohaterów. W ogóle kreacje aktorskie są kolejnym elementem, pozostawiającym wiele do życzenia. Mark Wahlberg jest strasznie sztywny, sztampowy i pozbawiony emocji. Jego bohater nie jest postacią, której losem specjalnie byśmy się przejmowali. Takich zresztą w ogóle w tym filmie brakuje. Najlepiej wypada główny antagonista, generał Thade (Tim Roth), wnoszący najwięcej ekspresji i emocji do fabuły. Nudne dialogi nie pomagają jednak tutaj komukolwiek zabłysnąć.
Choć ta Planeta małp wydaje się mieć w sobie więcej akcji niż poprzednie części, nawet ten element wypada blado. Scenarzystom zabrakło pomysłów i choć w film wpompowano mnóstwo pieniędzy, to czasami zadawałem sobie pytanie w co je zainwestowano. Jako science-fiction, produkcja nie robi bowiem genialnego wrażenia na tle innych tytułów z tego okresu (np. Matrix, Mroczne widmo, X-Men). Poza tym, Burton każe nam tutaj zastanawiać się nad logiką niektórych wyborów, których nie potrafi nam tutaj wyjaśnić, a które wychodzą na pierwszy plan.

Największym problemem Burtona jest oryginał, który po prostu miażdży jego film pod każdym względem. Nawet jeśli ocenimy film w oderwaniu od tytułu z 1968 r., opowiada on tak przeciętną, nudną, nijaką i niemal pozbawioną emocji historię, że naprawdę ciężko przez niego przebrnąć. Kulminacją scenariuszowego chaosu jest nasz główny bohater, który w jednej scenie całuje małpią bohaterkę, by dwie minuty później pożegnać się w ten sam, równie namiętny sposób z ludzką kobietą. Być może, bez znajomości pierwszej odsłony franczyzy uda wam się obejrzeć film bez chwytania się za głowę i użalania się nad swoim losem przez dwie godziny, ale wszystkim fanom tej serii odradzam seans. To kompletne nieporozumienie.
Ocena: 4/10
Zdjęcia: 20th Century Fox
