Diuna: Ród Atrydów tom 2 – recenzja komiksu

Choć od momentu lektury Diuny Franka Herberta, zakochałem się w wykreowanym przez niego świecie, nie wszystkie tytuły z nim związane przypadły mi do gustu równie mocno, co oryginalny cykl. Zaglądając do komiksowej odsłony tego uniwersum napotkałem prequel, zatytułowany Diuna: Ród Atrydów. Choć jego początek oceniłem przyzwoicie, zauważyłem sporo chaosu, który pogłębia się w drugim tomie.

Dla przypomnienia, Diuna: Ród Atrydów to adaptacja powieści pod tym samym tytułem, autorstwa Briana Herberta i Kevina J. Andersona. Stanowi prequel Diuny. Seria pokazuje wydarzenia, które miały miejsce kilkadziesiąt lat przed narodzinami Paula Atrydy. Skupia się na polityce Imperium, młodym Leto Atrydzie oraz narastającym konflikcie z Harkonnenami, przedstawiając znanych z oryginału bohaterów jeszcze zanim wypełnili swoje przeznaczenie.

Drugi tom komiksu stanowi środkową częścią historii. Pokazuje nam moment, w którym przeróżne intrygi przestają już być subtelne. Poszczególne wątki rozwijają się z wielką prędkością i zaczynają się ze sobą zderzać. Leto Atryda wykazuje się odwagę i odpowiedzialnością, Shaddam Corrino rozwija swój spisek na życie imperatora, Harkonnenowie nadal manipulują i wykazują się brutalnością, a zakon Bene Gesserit kontynuuje manipulacje genetyczne. To jednak tylko pewien wycinek fabuły tej części Diuny.

Mnogość wątków, postaci i lokalizacji, w połączeniu z dynamicznym rozwojem akcji i nie zwalnianiem tempa ani na chwilę, sprawiła że lektura komiksu wydała mi się być jeszcze bardziej chaotyczna niż w przypadku pierwszego tomu. Nie do tego przyzwyczaił mnie Frank Herbert, uważny obserwator kolejnych poczynań jego bohaterów, szczegółowo pochylający się nad ich losach i głębszym znaczeniem opowiadanych przez niego wydarzeń. Tutaj, gdy sytuacja zaczyna się rozwijać, zazwyczaj przeskakujemy do następnego wątku, co dla mnie było irytujące.

W tym tomie mamy więcej akcji, a niektóre historie zmierzają w zaskakującym kierunku. Często ich ekspozycja jest dosyć złożona i niełatwa w odbiorze, co jest kolejnym minusem komiksu. Na szczęście, fabuła zaczyna się zazębiać, a my dostrzegamy większy obraz tej opowieści, nawet jeśli poszczególne jego elementy są chaotyczne, czy nieczytelne.

Jeśli chodzi o rysunki, to na tym polu Diuna: Ród Atrydów utrzymuje równy poziom. Czasami, z niewyjaśnionych powodów, mniejszą uwagę poświęca się sylwetkom bohaterów, przede wszystkim, gdy widzimy ich na dalszym planie. Pochwała należy się jednak za umiejętne uchwycenie odmienności poszczególnych planet i żyjących tam mieszkańców. Łatwo jest nam wczuć się w ich klimat, a trzeba podkreślić, że bardzo często skaczemy z jednej lokalizacji do następnej. Poza tym, wspaniałe są okładki poszczególnych rozdziałów i zeszytów, które możemy obejrzeć w tym tomie, świetnie oddające charakter konkretnych części tej złożonej historii.

Jeśli któryś z wątków wydał mi się najlepiej poprowadzony, to jest nim historia Duncana Idaho. Posuwa się ona do przodu w bardzo naturalny sposób, a losy bohatera należą do moim zdaniem najciekawszych spośród wszystkich ugruntowanych postaci z Diuny. Łatwo utożsamić się z jego walką o lepszą przyszłość i chęcią zemsty na Harkonnenach oraz nieustępliwym charakterem chłopaka, który chce służyć Atrydom.

Choć Diuna: Ród Atrydów ma swoje narracyjne i fabularne problemy, to druga odsłona tej komiksowej adaptacji utrzymuje równy poziom historii. Chciałoby się zobaczyć tutaj więcej tzw. „ładu i składu”, ale postanowiono pozostać przy określonym stylu, który dla mnie jest zbyt chaotyczny i nieraz wybijał mnie z rytmu w trakcie czytania. Na szczęście, wiele z wątków tu przedstawionych jest naprawdę ciekawych i wciągających, niejako przysłaniając wady tego tomu do tego stopnia, że po jego lekturze byłem usatysfakcjonowany.

Ocena: 6/10

Leave a Reply