W każdej rodzinie panują inne zwyczaje. Choćbyśmy mieszkali w jednym miejscu, możemy znacząco różnić się pod tym względem. Dotyczy to również kwestii wychowania. Jeśli chodzi o filmowe przedstawienie tego tematu, to w pamięć zapadła mi zwłaszcza rasa Yautja, której nieznane nam dotąd sekrety odkrywamy w Predator: Strefa zagrożenia.
Wydaje się, że fabuła nowego filmu Dana Trachtenberga, reżysera Prey i Predator: Pogromca zabójców jest dosyć prosta. Młody członek jednego z plemion Yautja, kosmicznej rasy wojowników, musi upolować godnego przeciwnika, by zostać docenionym przez swoich pobratymców. Im jednak bardziej rozwija się akcja, tym więcej faktów wychodzi na jaw, a bohater, Dek, mierzy się z kolejnym zagrożeniem, nadchodzącym z zaskakującego kierunku. Czy uda mu się przetrwać tytułową strefę zagrożenia?
Prawda o filmie Predator: Strefa zagrożenia jest taka, że już na początku otrzymujemy zaskakujący zwrot akcji, którego na podstawie opisu fabuły i zwiastunów nie byliśmy w stanie przewidzieć. Nie przedstawia on bowiem jedynie podróży na niebezpieczną planetę by upolować największego drapieżnika. Mamy tu bowiem historię o dojrzewaniu, zemście i tworzeniu własnej rodziny. Pod tym względem byłem pozytywnie zaskoczony, tym bardziej, że produkcję promowano głównie jako widowisko akcji.
No właśnie, a skoro już o akcji mowa, to tej zdecydowanie tutaj nie brakuje. Eksperci od CGI się postarali, bo nie ma co ukrywać, że bez dopracowanych efektów specjalnych to po prostu nie mogłoby się udać. Wszystkie stwory, z którymi mierzy się Dek robią dobre wrażenie i sam nie kojarzę, żebym cokolwiek podobnego widział w innych kosmicznych produkcjach. W filmie są jednak również praktyczne efekty specjalne i bardzo fajnie prezentują się różnego rodzaju bronie, strój i ekwipunek Predatora. Generalnie, akcja zwalnia tempo tylko kilka razy, by wyjaśnić pewne fakty, nakreślić plany bohatera i przenieść nas do kolejnej części filmu, więc na dynamikę też nie ma co narzekać.

Tym, co zdecydowanie zaskakuje w filmie, biorąc pod uwagę z czym może kojarzyć się wielu widzom franczyza Predator, jest dużo serca i emocji jakie ma w sobie Strefa zagrożenia. Przekonujemy się bowiem, że nawet kosmiczni wojownicy mogą wyznawać wyższe wartości, dbając o najbliższych i rodzinę. Do tej pory wiedzieliśmy jedynie o ich kodeksie honorowym, a tutaj obserwujemy nieznaną nam dotąd stronę rasy Yautja. Sojusz jaki zawiera Dek, uważany przez ojca za słabego i niegodnego Predatorów, pozwala nam dostrzec nam w nim coś więcej niż bezwzględnego zabójcę. To z kolei sprawia, że możemy się z nim utożsamić i jako główny bohater (po raz pierwszy w całej serii) sprawdza się świetnie.
W filmie znalazło się sporo miejsca by nacieszyć oko fanów franczyzy. Mamy odniesienia do znanych nam motywów nie tylko z serii Predator, ale także Obcy, które w przeszłości miały okazję się ze sobą połączyć. Spodobało mi się, że Yautja mówią własnym językiem przez cały film, choć można było wybrać prostszą opcję. Gdy weźmiemy pod uwagę otwarte zakończenie filmu, odczuwamy, że Dan Trachtenberg ma w głowie pomysł na większą historię i kolejne jej rozdziały, choć ostatnie doniesienia sugerują, że może nie pracować dalej z tym uniwersum. Tzw. „fan service’u” jest sporo i często pojawia się on w zaskakujących momentach, więc miłośnicy tego świata powinni być zadowoleni.

W tym miejscu wchodzimy na pole spoilerów. Spodobał mi się pomysł połączenia Predatora z syntetykiem firmy Weyland-Yutani, który napędza akcję filmu. Świetnie w swojej roli sprawdziła się Elle Fanning, która miała okazję pokazać się z dwóch zupełnie różnych stron i zrobiła to według mnie doskonale. W połowie fabuła przybiera jednak kierunek, który nie do końca przypadł mi do gustu. Ostatecznie, twórcy Predator: Strefa zagrożenia wybrał dość ckliwe rozwiązanie, tworząc nietypową rodzinę z Dekiem na czele i troszkę gryzło mi się to z brutalną naturą Yautja. Po prostu pewna wewnętrzna przemiana głównego bohatera i zmiana tradycyjnych wartości kosmicznej rasy na jaką się decyduje, według mnie nastąpiła zbyt szybko bym to w pełni kupił. No i druga część tej historii wydała mi się bardziej chaotyczna i przewidywalna, co muszę zapisać na minus produkcji.
Naprawdę dobrze się bawiłem, oglądając film, ale jednocześnie miałem wrażenie, że fabuła jest dość prosta, historia bardziej kameralna i pomimo milionów zainwestowanych w efekty specjalne, nie żałuję, że nie byłem na nim w kinie. Nie będę jednak ukrywał, że Predator: Strefa zagrożenia wnosi sporo świeżości i niespodzianek do tego świata, a przede wszystkim sprawia dużo frajdy, zarówno za sprawą akcji jak i budowania relacji w niebezpiecznym środowisku. Kawał solidnej, dobrze zbalansowanej rozrywki, która niejednego widza zaskoczy.
Ocena: 6,5/10
Zdjęcia: 20th Century Studios
