Na powroty niektórych serii filmowych naprawdę warto czekać. Choć zazwyczaj długi okres pomiędzy poszczególnymi częściami potrafi zirytować, to jeśli film spełnia nasze oczekiwania, nasza złość odchodzi w niepamięć. W moim przypadku, przykładem takiego tytułu jest horror 28 lat później, który absolutnie mnie nie zawiódł.
28 lat później to trzecia odsłona kultowej postapokaliptycznej serii zapoczątkowanej przez 28 dni później w 2002 r. i kontynuowanej w 28 tygodni później z 2007 r. Na powrót do świata zainfekowanych przez wywołujący chaotyczne, agresywne i niekontrolowane zachowanie wirus, przyszło nam zatem poczekać prawie 20 lat! Szybko w trakcie oglądania filmu przekonałem się jednak, że warto było czekać tak długo.
Zgodnie z tytułem, film przenosi nas 28 lat w przyszłość od momentu wybuch pandemii wirusa. Początek nakreśla nam w jakiej sytuacji znajduje się obecnie świat. Wielka Brytania nadal pozostaje w kwarantannie, ale garstka ocalałych znalazła sposób na przetrwanie na małej wyspie. Żyją tam skromnie, ale stabilnie i generalnie bezpiecznie. 28 lat później śledzi losy młodego mieszkańca, który wyrusza odbyć próbę na stałym lądzie, gdzie przekonuje się, że świat skrywa przed nim jeszcze wiele tajemnic.
Punktem wyjścia fabuły jest wyprawa syna z ojcem i w dużej mierze mamy tutaj do czynienia z obrazem o dojrzewaniu w tych specyficznych okolicznościach. Spike musi znaleźć w sobie odwagę by stanąć oko w oko z zarażonymi i po raz pierwszy zabić. Cały czas nękają go jednak wątpliwości, nie opuszcza go strach, a pogarszający się stan zdrowia matki zdaje się przysłaniać mu rzeczywistość. Czy walcząc o przetrwanie uda mu się przezwyciężyć ten stres? Jest to główny wątek z jaki przedstawia nam ten obraz.

Już w scenie otwierającej 28 lat później, Danny Boyle świetnie buduje napięcie i pokazuje, że w tym świecie nie ma miejsce na żarty, a walka o przetrwanie jest brutalna i krwawa. Fakt, że całość została nakręcona przy użyciu iPhone’ów sprawił, że film, zwłaszcza w sekwencjach akcji, ucieczki przed zainfekowanymi i walki z nimi, zyskał unikalny klimat, który części widowni skojarzy się z 28 dni później. Dzięki zastosowaniu takiej metody widz jeszcze bardziej czuje się częścią tej historii przeżywając te wszystkie negatywne emocje na równi z bohaterami.
Napisana przez Alexa Garlanda historia nie jest pierwszym lepszym horrorem. To mieszanka grozy, opowieści o dojrzewaniu i akceptacji śmierci oraz ludzkiej kondycji i cywilizacyjnej zmianie jaką może przynieść nasz upadek. Bohaterowie nie są ideałami, bo tych w tym świecie już po prostu nie ma. Najczystszą postacią jest Spike, ale nawet on musi przekroczyć pewną granicę by się dostosować i przeżyć. To mocny i dynamiczny obraz, choć na sam koniec ma się wrażenie, że to bardziej początek większej historii niż skończona całość.

28 lat później wyróżnia się mocnymi, charakterystycznymi i zapadającymi w pamięć głównymi rolami. Debiutujący Alfie Williams wypada w roli Spike’a bardzo naturalnie i przekonująco. Jego emocjonalna walka udziela się widzowi i potrafimy utożsamić się z jego stresem i wewnętrznymi zmaganiami. Choć rola Aarona Taylora-Johnsona w filmie jest mniejsza niż się spodziewałem, to zarysowuje on ciekawego, wewnętrznie skonfliktowanego bohatera, ojca który nie może okazać słabości, nie radzi sobie z chorobą żony, a jednocześnie z całej siły kocha rodzinę.
Wiarygodnie wypada też Jodie Comer, grająca jego małżonkę, która nadaje głębi postaci matki, będąc swego rodzaju symboliczną rodzicielką. Najbardziej w pamięć zapadł mi jednak Ralph Fiennes. Choć jego dr Kelson pozostaje osobą owianą w dużym stopniu tajemnicą, w jego oczach dostrzegamy nutkę szaleństwa i nie jesteśmy pewni, czy można mu ufać, choć pomaga Spike’owi. Jest w tej roli coś szalonego, a zarazem subtelnego.

Nie sposób nie docenić wizualnej strony 28 lat później i jej rozmachu. Sceny akcji są elektryzujące, a zdjęcia kręcono na Lindisfarne, wyspie która stanowi świetne i wnoszące dużo świeżości miejsce akcji. Jeśli nie mieliście okazji widzieć tego na wielkim ekranie, to myślę, że możecie żałować. W parze z tłem filmu idzie klimatyczna ścieżka dźwiękowa, która dobrze oddaje zarówno momenty strachu jak i te bardziej emocjonalne i kameralne sekwencje.
Jedyne do czego mogę się przyczepić, to nierówny ton filmu. Pierwsza część trzyma w napięciu, ale w drugiej tempo akcji spada i z horroru zmieniamy klimat na bardziej dramatyczny. Mi ta nierówność nie przeszkadza, gdyż spodobał mi się ten zaskakujący kierunek jaki obiera w pewnym momencie produkcja. Oglądamy i nie mamy pojęcia jaka będzie puenta tej historii. Można być nieco zawiedzionym finałową sceną, która pozostawia zakończenie otwartym i sprawia, że tytuł ten okazuje się być pierwszym rozdziałem historii Spike’a. Wydaje mi się, że lepiej wypadłaby ona jako popularna w dzisiejszych czasach scena po napisach, która sugeruje kontynuację niż zwieńczenie dwugodzinnego seansu i tutaj stawiam minusik po stronie obrazu Danny’ego Boyle’a.
28 lat później, to odważny wpis do uniwersum grozy, zapoczątkowanego ponad 20 lat później. Film wciągnął mnie od pierwszych minut i zachwycił wizualnie. Wiarygodna i ambitna historia osadzona w świecie wywróconym do góry nogami przez wirusa skłania zmusza nas do myślenia, a to w kinie zdecydowanie lubię. Nie zawiodła obsada, ani sceny akcji, a emocjonalna warstwa scenariusza okazała się być dla mnie miłą niespodzianką. Jestem szalenie ciekaw jak wypadnie kolejna część franczyzy.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: Sony Pictures
