Chyba nikt nie zaprzeczy, że największą ikoną polskiej popkultury jest Geralt z Rivii. Bohater opowiadań i powieści Andrzeja Sapkowskiego zyskał ogromną popularność i nowe życie za sprawą serii gier wideo, czy serialu Netflixa, lecz pierwsza próba ożywienia jego przygód miała miejsce ponad 20 lat temu. Kinowy film okazał się być klapą, ale był jedynie reklamą serialu Wiedźmin, który mimo różnych wad pozostaje tytułem kultowym. Zobaczmy dlaczego tak jest.
Z serialem wiąże się historia, którą trzeba poznać by lepiej zrozumieć, dlaczego przyjął on taką, a nie inną formę. Jesienią 2001 roku do kin wszedł film Wiedźmin, który był skompresowaną wersją 13-odcinkowego serialu. Już na papierze wydaje się to być okropny pomysł, a w rzeczywistości było jeszcze gorzej. Film miał być jednak reklamą dla serialu, który zadebiutował we wrześniu 2002 r. Z taką produkcją nie mieliśmy do tego momentu w Polsce do czynienia i niestety, braki w doświadczeniu, skromny budżet i efekty specjalne wiele osób do tego projektu zniechęciły, a według mnie nie do końca słusznie.
Dla osób, które miały styczność z prozą Sapkowskiego, scenariusz serialu pokrywa głównie opowiadania z Ostatniego życzenia i Miecza przeznaczenia, zahacza o początek sagi. Jeśli jednak nie mieliście do czynienia ze światem Wiedźmina, serial, najprościej rzecz ujmując, opowiada historię chłopca zabranego rodzicom przez zakon, którego zadaniem jest ochrona ludzi przed różnego rodzaju potworami. Kolejne epizody pokazują jak Geralt przechodzi specjalne szkolenie, a na przestrzeni kilkunastu odcinków mija kilka lat z jego podróży. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie serial typu „potwór tygodnia”, a wątkiem przewodnim historii jest przeznaczenie i rozważania bohatera na temat tego kim tak naprawdę jest, gdyż nie czuje się do końca wiedźminem.
Zacznijmy od tego, że pierwsze trzy odcinki można by według mnie wyrzucić do kosza lub uwzględnić w kolejnych epizodach w formie retrospekcji. W nich poznajemy historię tego jak Geralt został Wiedźminem, ale zostały one napisane w sztywny sposób i najbardziej widać po nich minusy produkcji związane z budżetem i efektami specjalnymi. Nie zdziwiłbym się jeśli wiele osób na tym etapie zrezygnowałaby wręcz z dalszego oglądania. W czwartym odcinku serial nabiera jednak tempa, zyskuje pewną przyjazną widzowi formułę i w końcu wciąga.

Plusem serialu Wiedźmin jest jego niepodrabialny, słowiański klimat. Fakt, że całość nie została zrealizowana za ogromną kasę i nikt do tamtego momentu w naszym kraju nie podejmował się takich projektów sprawiły, że historia nabrała swojskiej atmosfery. Czujemy jakby Geralt był wśród nas i przemierzał naszą okolicę, ubijając potwory. Łatwo jest nam przenieść się do tego świata. Zamki, gospody, lasy i trakt budują specyficzną aurę, która świetnie się sprawdza.
Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w głównej roli Michała Żebrowskiego. Jest wiarygodny jako twardy, niemal pozbawiony emocji wojownik, który trzyma dystans od ludzi i skupia się na walce z potworami. Z drugiej strony, aktorowi udało się oddać pewną głębię Geralta, jego pogoń za tym, czego mieć nie może i walkę z przeznaczeniem. Choć te aspekty mogłyby, a nawet powinny być jeszcze bardziej rozwinięte niż miało to miejsce w serialu, to Żebrowskiemu udaje się wyciągnąć 100% możliwości scenariusza, sprawiając, że angażujemy się w przygody i przeżycia wiedźmina.

Na swojej drodze Geralt napotyka wiele barwnych postaci i w ich przypadku ma się trochę niedosyt. Najlepiej został wykorzystany Jaskier, który pojawia się w kilku odcinkach i zawsze odgrywa ważną rolę, wyciągając na wierzch ludzką, emocjonalną stronę głównego bohatera. Zarazem, wnosi do fabuły sporo humoru i piękne ballady, a wcielający się w niego Zbigniew Zamachowski wykonał świetną pracę nad rolą. Chciałoby się więcej Yennefer, która wydaje się równie złożoną co Geralt postacią. Można by wręcz nazwać ją jego kobiecą odpowiedniczką w historii o przeznaczeniu, ale niestety, dość szybko znika z serialu. Nie sposób polubić głównego złoczyńcy tej opowieści, byłego wiedźmina, a później hrabiego Falwicka (Maciej Kozłowski) i w jego przypadku też ma się poczucie, że można było dokładniej rozwinąć jego wątek. Szczególnie, że zakończenie jego wątku wypada blado, biorąc pod uwagę ile poświęciliśmy mu czasu. Aktorzy dają z siebie wszystko, ale scenariusz nie zawsze daje radę.
W pamięć zapada nam także ścieżka dźwiękowa, która dobrze pasuje do historii, mając w sobie coś epickiego i tajemniczego zarazem. To samo tyczy się pieśni Jaskiera w wykonaniu Zbigniewa Zamachowskiego, które z kolei dodają opowieści warstwy emocjonalnej. Gdy słyszymy konkretne kompozycje, dobrze wiemy czego możemy się spodziewać, a część z nich świetnie buduje napięcie, gdy Geralt staje oko w oko z różnego rodzaju zagrożeniem.

Niestety, Wiedźmin nie obył się bez wad. W końcu, gdyby było inaczej, pewnie doczekalibyśmy się więcej niż 13. odcinków. W większości, nie licząc kilku wyjątków, efekty specjalne, nawet jak na początek lat 2000. wyglądają słabo, żeby nie powiedzieć żenująco. Gdyby nie świetna rola Żebrowskiego i zbudowanie odpowiedniego klimatu historii, pewnie każdy odcinek można byłoby wyśmiać. Tym bardziej, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w tym samym czasie do kin wchodziła trylogia Władcy Pierścieni, która po dziś dzień prezentuje się pięknie pod względem wizualnym. No, ale mieszkamy w Polsce, a nie w Hollywood.
Lepiej mogłyby wyglądać sceny walki, zwłaszcza, że akurat w tym przypadku możemy pochwalić się genialnymi tytułami by wspomnieć o walce Kmicica z Wołodyjowskim. Jakość zdjęć i montaż bywają słabej jakości i chaotyczne. Gdy do tego dodamy pewne uproszczenia w historii, powierzchowne traktowanie części postaci, nie podkreślanie istotnych kwestii takich jak upływ czasu, serial traci w oczach widzów, a co dopiero fanów Sapkowskiego. Boli zwłaszcza ograniczona skala historii oraz brak lepszego określenia zależności, zachodzących w tym świecie, choćby między królestwami, których nazw nawet nie zapamiętujemy.
Twórcy mieli ambicje, ale nie mieli kasy. Tak można by podsumować serial Wiedźmin. Sam mam wielki sentyment do tego tytułu i w moich oczach plusy skutecznie ukrywają minusy tej produkcji. Stąd daje mu o jedno oczko wyższą ocenę. W pewnym momencie przed tymi nie da się jednak uciec. Trzeba na tę produkcję patrzeć z dystansem, ale uważam, że nie powinno się jej pomijać i warto dać szansę tej wersji przygód Geralta z Rivii.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: TVP
