Są takie filmy, które sprawiają wrażenie zupełnie nie z mojego świata, a jednak ciekawość mnie zżera, czy sam ten fakt sprawi, że mi się nie spodobają. Dotyczy to zwłaszcza tytułów, które już na papierze wydają się być przesycone pewną konkretną ideologią, nie zawsze dopuszczające do siebie inne zdanie. Taką produkcją była w moim mniemaniu Panna młoda!, która mimo różnych obaw jednak pozytywnie mnie zaskoczyła.
Jeśli zastanawiacie się gdzie inspiracji szukała reżyserka i scenarzystka filmu, Maggie Gyllenhaal, odsyłam was do Frankensteina Mary Shelley oraz filmu Narzeczona Frankensteina z 1935 roku. To jednak tylko pewna podstawa dla historii, którą tutaj poznajemy. Gdy bowiem będziecie mieli za sobą seans najnowszej produkcji Warner Bros., zauważycie, że jest to niezwykle stylowa mieszanka gatunków, składająca również hołd choćby początkom Hollywood.
O czym tak właściwie opowiada Panna młoda!? Trafiamy tutaj do Chicago w latach 30. XX wieku, gdzie samotny potwór Frankensteina (Frank) prosi ekscentryczną badaczkę, dr Euphronious o stworzenie/ożywienie jego życiowej towarzyszki. Gdy kobieta w końcu ulega jego namowom i wspólnie odnajdują odpowiednią kandydatkę, przywracają ją do życia przy użyciu skomplikowanej technologii. Jak się jednak można domyślić, nie wszystko później rozwija się tak, jak sobie to Frank wymarzył. Tak wygląda początek tej historii, która jednak jest zdecydowanie głębsza niż ten krótki opis może to sugerować.
Maggie Gyllenhaal stawia w centrum swojego filmu takie tematy jak samotność, szukanie własnej tożsamości, czy walka o prawa kobiet, którym w latach 30. zdecydowanie daleko jest do jakiegokolwiek równouprawnienia, jeśli o takim w ogóle możemy mówić. Z jednej strony Panna młoda! przedstawia rozwój relacji Franka i jego wybranki, pary społecznych outsiderów siejących chaos głównie za sprawą burzliwej osobowości bohaterki. Z drugiej strony, mamy tutaj historię o tym, że kobieta nie jest niczyją własnością i ma prawo decydować o sobie samej, barwną i wyjątkowo stylową opowieść o emancypacji.

Całość historii zaczyna się oryginalnie i interesująco, ale też chaotycznie i do pewnego zrozumienia niezrozumiale. Film jest bowiem opowieścią Mary Shelley, która nie mogła jej opowiedzieć za czasów swojego życia, między wierszami podkreślając, że to przez fakt bycia kobietą. Opętuje wybraną przez siebie kobietę, która później staje się główną bohaterką. Tak oto Panna Młoda nosi w sobie dwie silne osobowości, przemawiające do nas w różnych momentach. Choć jest to fikcja, to jednak próbujemy doszukać się w tym pewnego minimum logiki, a tego tutaj brakuje, co nie każdego zachęci do dalszego oglądania.
Film jest pełen chaosu i jest to w zasadzie mój jedyny zarzut jego względem. W niektórych momentach ma się wrażenie, że Gyllenhaal się powtarza i niepotrzebnie przeciąga niektóre sceny. Ma mnóstwo pomysłów i czasami czuć jakby zostały upchane tutaj na siłę. Do tego dochodzi nieprzewidywalność, która stanowi zarówno pozytywną stronę historii, którą z ciekawością śledzimy, nie wiedząc jaki finał dla pary wybierze reżyserka, jak i minus, wprowadzając niekiedy pewną niechlujność oraz wspomnianą już chaotyczność. Choćby wątek Myrny i pana detektywa Wilesa wybił mnie z rytmu, a to kolejny przykład przytłaczającej feministycznej myśli w filmie, poza główną bohaterką, czy choćby zmianą płci dr Euphroniousa.

Panna młoda! ma jednak według mnie więcej plusów oprócz problemów ze strukturą scenariusza. Jest to przede wszystkim wizualna uczta dla kinomana. Film zdecydowanie polecam obejrzeć na wielkim ekranie. Świetnie łączy bowiem w sobie estetykę gotycką i punkową z elementami musicalu i kina lat 20. i 30. XX wieku. W pełni doceniamy tę mroczną baśń, to surrealistyczne przedstawienie właśnie zasiadając w fotelu kinowym. Gra kolorami i światłem wprowadza nas w oniryczny klimat, a stylizacje bohaterów i przede wszystkim scenografia Chicago zdecydowanie zapadają nam w pamięć.
Wiele scen utkwiło mi w głowie po seansie filmu, a to między innymi za sprawą kreatywności reżyserki, a także udanego montażu. Szalona podróż pary bohaterów, a zwłaszcza ich swego rodzaju danse macabre, który zaczyna się zupełnie znienacka, mocno wbijają się w naszą świadomość i pokazują niezwykłe wyczucie reżyserki do łączenia nowoczesności z tradycją. Gdy dodamy do tego muzykę Hildur Guðnadóttir, która świetnie dostosowuje się do pomysłu Gyllenhaal, świadomie mieszając style, od jazzu po punk i rock, otrzymujemy najbardziej klimatyczną produkcję 2026 roku.

Wśród plusów filmu muszę jeszcze wymienić kreacje aktorskie, w szczególności Jessie Buckley jako Panny Młodej oraz Christiana Bale’a w roli Frankensteina. Para jest na wielkim ekranie wręcz elektryzująca, a śledzenie rozwoju ich relacji jest wręcz hipnotyzujące. Tu również możemy powiedzieć o pewnej mieszance – kobiecego szaleństwa, furii i wyzwolenia oraz męskiej siły, spokoju i poświęcenia. To nie jest zwyczajna miłość, ale wciąż jest to miłość i jej dziwność dwójka swoimi rolami doskonale oddała. W pamięć zapadł mi też Jake Gyllenhaal, który gra małą, ale istotną rolę gwiazdy ówczesnego kina i można by pomyśleć, że zabrali go z tamtych czasów wehikułem i umieścili w tej produkcji.
Jaki jest mój ostateczny werdykt na temat filmu Panna Młoda!? Oceniam go pozytywnie, doceniając stojące na wysokim poziomie obsadę, scenografię, muzykę i zdjęcia. Wynik końcowy obniża jednak chaotyczny scenariusz skaczący z miejsca na miejsce, chwilami dłużący się i męczący, jakby do bólu krążący wokół sedna tematu. Jednakże, spodobało mi się ujęcie motywów miłości, samotności i emancypacji w wydaniu Maggie Gyllenhaal, dla której jest to drugi film w roli reżyserki/scenarzystki.
Mamy tu do czynienia z tytułem, który większość widzów albo pokocha albo znienawidzi, ale na pewno nie będzie on im obojętny. Jest miejsce do poprawy, ale obok tak oryginalnej produkcji polecam nie przechodzić obojętnie.
Ocena: 6,5/10
Zdjęcia: Warner Bros. Pictures
