Wśród wielu dóbr europejskiej popkultury, niemałe znaczenia mają francuskie komiksy. Wiele z nich uważanych jest za klasyki gatunku, a jednym z nazwisk, których nie możemy pominąć w ich przypadku jest Rene Gościnny. Piszę o nim nie bez przypadku, gdyż jeden z jego komiksów doczekał się właśnie nowego serialu, a jest nim Lucky Luke.
Rewolwerowiec szybszy niż swój cień powraca w najnowszej odsłonie swoich przygód, dostępnej na Disney+. Ośmioodcinkowa historia pozytywnie zaskoczy zarówno fanów bohatera jak i widzów, którzy wcześniej nie mieli z nim do czynienia. Śmiem wręcz twierdzić, że jest to najlepsza ja do tej pory interpretacja komiksu Rene Gościnnego i Morrisa. Zachęceni? Jeśli tak, to sprawdźmy, co właściwie czyni serial wartym wielu pochwał.
Co ważne i o czym twórcy serialu przypominają na początku każdego odcinka, jest on luźno inspirowany klasyczną serią komiksową i stanowi hołd złożony jej autorom. Nie jest to bezpośrednia ekranizacja jednego albumu, tylko oryginalna historia, w którą wplecione są całe fragmenty i motywy z kultowych albumów. Twórcy sami przyznali w trakcie promocji serialu, że wybrali swoje ulubione historie i zintegrowali je w spójną całość. To z kolei sprawia, że historia staje się nieprzewidywalna i naprawdę ciekawa.
Fabuła nie jednego widza zaskoczy, także fanów komiksowej serii. Mi, sposób w jaki twórcy wykorzystali to uniwersum do opowiedzenia oryginalnej, ale wiernej duchowi komiksów historii, bardzo przypadł mi do gustu. Nasz tytułowy bohater jest bowiem nieco starszy i dojrzalszy, podobnie jak inne znane postacie, a to daje szansę na zmienienie w nich tego i owego. Okazuje się bowiem, że są na tej Ziemi rzeczy, na myśl o których nawet Lucky Luke’owi drży ręka.

Pewna zadziorna i charakterna nastolatka, Louise Willow, stara się odnaleźć porwaną matkę. Mylnie interpretując słowa umierającego przyjaciela, na celownik bierze sobie właśnie Lucky Luke’a. Gdy w końcu rozumie swój błąd, łączy siły z bohaterem, choć początki ich relacji nie należą do najłatwiejszych.
Z ręką na sercu mogę podpisać się pod oficjalnym opisem serialu, według którego wspólna podróż bohaterów przez Dziki Zachód „przeradza się w chaotyczną przygodę pełną pojedynków, pościgów i absurdalnych sytuacji”. Gdy lepiej się poznają, na jaw wychodzą sekrety, których nikt by się nie spodziewał i zmieniają dynamikę w tym nietypowym zespole.

Kolejne znane postaci są wykorzystywane w zaskakujący sposób, czyniąc historię jeszcze bardziej nieprzewidywalną. Nie brakuje jednak również momentów dramatycznych, a wszystkie elementy bardzo fajnie się ze sobą komponują, serwując nam kawał solidnej rozrywki.
Z początku byłem odrobinę sceptycznie nastawiony do perspektywy starszego Luke’a, ale z czasem ta formuła mnie do siebie przekonała. Obsada sprawdza się świetnie czuć chemię między aktorami. Choć nie kojarzę większości z nich, zrobili na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, oddając nie tylko humorystyczną część charakteru swoich bohaterów.

W pamięci utkwiła mi zwłaszcza Billie Blain w roli przebojowej choć nie obytej w zwyczajach panujących na dzikim zachodzie nastolatki Louise. Bardzo fajnie wypadł jednak również Joe Dalton powracający po amnezji, czyli nie mogący sobie poradzić z dojrzewaniem Billy the Kid. Sam Lucky Luke może nie powalać na kolana, ale doskonale zespala ze sobą całość obsady.
Teraz muszę zdradzić kilka istotnych faktów dotyczących fabuły, które sprawiły, że miałem ogromny ubaw oglądając serial Lucky Luke. W trakcie kolejnych odcinków poznajemy przeszłość tytułowego bohatera, która ma coś wspólnego z jego nową partnerką. Nasz rewolwerowca był bowiem kiedyś zakochany i gdyby nie to jak potoczył się jego związek, nie byłby jednak tym kim jest. A co jeśli jego owocem była córka, którą właśnie poznał? To jednak nie koniec smakowitych kąsków, bo pewności co do tożsamości ojca Louise nie mamy, więc co jeśli znajdzie się inny kandydat, a będzie nim sam herszt bandy niesławnych braci? To jeden z najzabawniejszych wątków, z zaskakującym zakończeniem, ale podobnych pomysłów, stawiających bohaterów poza ich strefą komfortu mamy tu więcej. To właśnie jest wielki plus tego serialu.

Co również warte podkreślenia, Luke nie jest już nieomylnym super-kowbojem, tylko człowiekiem, który ma wątpliwości, wspomnienia, czasem popełnia błędy i musi radzić sobie w duecie. To nowoczesny twist, ale jednocześnie bardzo wierny duchowi komiksów.
Wizualnie, serial także prezentuje się bardzo fajnie i w zgodzie z komiksami. Gdyby nie język francuski, to nie powiedzielibyście, że kręcili to poza dzisiejszym Dzikim Zachodem. Kostiumy, plenery i scenografia wyglądają przekonująco i pozwalają z łatwością poczuć nam klimat westernu.
Nieraz miałem do czynienia z Lucky Lukiem, choć nie uważam się za eksperta w jego temacie. Sam jednak doskonale bawiłem się oglądając serial, odnajdując ukryte smaczki i będąc zaskoczony znanymi twarzami z komiksów. To lekki i zabawny serial, który odnajduje się w klimacie westernu, stawiając jednak na żart, a nie brutalność. Dla mnie wszystko zagrało tu o wiele lepiej niż się tego spodziewałem.
Ocena: 7/10
Zdjęcia: Disney Plus
