„Aquaman” – Władca Oceanów wraca do korzeni

Od kiedy tylko pamiętam, zawsze byłem miłośnikiem komiksów. Nie oznacza to jednak, że znam wszystkie historie i wszystkie postaci jakie zostały narysowane. Jednym z takich popularnych bohaterów, o którym mam jedynie podstawową wiedzę, a którego przygody jakoś zawsze mnie omijały jest Aquaman. W końcu natrafiła się jednak okazja lepiej go poznać, a to za sprawą filmu w reżyserii Jamesa Wana. Zatem, zanurzmy się w jego świat.

Do postaci powracamy po jej występie w „Lidze Sprawiedliwości”. Tam Aquaman zaprezentował nam się jako twardziel, prawdziwy „badass”, bardzo pewny siebie, nieco wyniosły, ale potrafiący także nieźle pożartować oraz pobalować. W jego solowym filmie dostajemy tę samą wersję bohatera, tylko tym razem zostaje wrzucony w wir wydarzeń mających na celu jego powrót do Atlantydy i zostanie Władcą Oceanów.

Arthura spotykamy po wydarzeniach ze wspomnianej w poprzednim akapicie produkcji w reżyserii Zacka Snydera. Oprócz tego dostajemy wstawki z różnych etapów jego dzieciństwa, przez co, aż pięć osób wcieliło się w kultową postać uniwersum DC! Mieliśmy wersję dorosłą, 16-latka, 13-latka, 9-latka i niemowlaka. Tak sobie myślę, że spokojnie można było sobie darować taką genezę Aquamana, ale cały zamysł filmu opiera się na miłości dwóch osób, której owocem jest osoba mająca zjednoczyć świat istot wodnych i ludzi.

Nasz bohater pomaga ludziom i nie przebiera przy tym w środkach. Byłem zaskoczony, gdy ratując załogę rosyjskiej łodzi podwodnej zabijał przestępców, a nawet zachował się jak zimnokrwisty morderca, zostawiając jednego z nich na pewną śmierć, choć mógł go uratować. Później jego walka przeniosła się już pod wodę. Później było jeszcze sporo starć, ale takiego oburzenia już nie czułem.

Wróćmy jednak do fabuły. Arthur ma przyrodniego brata, który włada Atlantydą. Jest on jedną z wielu postaci o bardzo dziwnych, trudnych do wymówienia i w ogóle nie zapadających w pamięć imion (Vulko, Nereus, Ricou). Król Orm uważa bohatera za niegodnego, a poza tym planuje wypowiedzieć wojnę ludziom z powierzchni Ziemi. Zły z niego brat, więc Aquaman będzie musiał go pokonać by przywrócić porządek.

Film jest jak jeden wielki efekt specjalny. Generalnie było to do przewidzenia, biorąc pod uwagę sam fakt pokazania Atlantydy i całego podwodnego świata, a to właśnie tam osadzona została większość akcji. Wiele scen przypomina gameplaye, które można obejrzeć przed premierą jakiejś gry, a które ostatecznie nie są jej częścią. Jest kolorowo, świetliście, no i oczywiście mokro, i ogląda się to naprawdę świetnie. Problem w tym, że jest tu tego tak dużo, że w pewnym momencie można poczuć przesyt. Mam wrażenie, że nawet walki bohaterów zostały w pewnym stopniu wykonane komputerowe, bez udziału choćby kaskaderów, przez co nie poczułem jakbym zyskał nową postać, którą chcę dopingować.

Centralnym punktem filmu jest oczywiście Aquaman, którego świetnie sportretował Jason Momoa. Co prawda, niektóre z jego tekstów i żarcików były drętwe, ale ze wszystkiego potrafił wyciągnąć coś pozytywnego. Gorzej było z resztą obsady, w której znalazł się m. in. strojący dziwne miny Willem Dafoe, czyli wybitny doradca króla Orma, który zawsze mu przytakuje, a za jego plecami wspiera Arthura, Amber Heard jako Mera, bez chemii z głównym bohaterem, lepiej wygląda na sucho niż na mokro, i najlepiej wypadający w tym gronie Patrick Wilson – król Orm – którego przekonania są może i proste, ale za to wiarygodne. 

„Aquaman” naprawdę mi się dłużył. W pewnym momencie pomyślałem, że kolejne sceny są dodawane bez pomysłu, bardziej jako zapychacze czasu i zamiast zmierzać do końca, jesteśmy świadkami przestoju w fabule. Myślę, że błędem reżysera była chęć wrzucenia do filmu maksymalnej ilości nawiązań do świata bohatera, przedstawiając wszystkie rasy, przeróżne stworzenia podwodne, bitwy między nimi. W ten sposób powstał chaos, w którym najbardziej wprawieni fani DC mogą się nie odnaleźć, a co dopiero przeciętny widz.

Film w reżyserii Jamesa Wana, to dużo dobrej akcji, efektów specjalnych na wysokim poziomie i bardzo prosta historia, a to wszystko pod banderą DC. Gdyby nie Jason Momoa ten projekt, a przede wszystkim ten bohater byłby stracony i z przynajmniej dla samego jego występu polecam wam odpalić w wolnym czasie „Aquamana”.

Ocena: 6,5/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s