„Żyje się tylko dwa razy” – Orientalna przygoda Bonda

Mieliśmy już Bonda pod wodą, czy Bonda w pociągu, a teraz przyszedł czas na Bonda w bardzo orientalnym wydaniu, a konkretnie japońskim! Piąta z kolei część przygód agenta Jej Królewskiej Mości zabiera nas do Azji, gdzie 007 będzie musiał po raz kolejny zmierzyć się z organizacją WIDMO, a jego śledztwo tym razem przybiera kosmicznych rozmiarów!

Sean Connery powraca w roli Jamesa Bonda i choć z każdym kolejnym filmem przybywa mu lat, to nadal ma w sobie te pokłady charyzmy, które sprawiają, że z wielką przyjemnością oglądamy przygody tajnego agenta, nawet jeśli często na ekranie dzieją się rzeczy dziś dla nas po prostu śmieszne. Tym razem bardzo dobrze odnajduje się w Japonii, a twórcy scenariusza przygotowali dla nas takie niespodzianki jak Bond zmieniający się w Japończyka, agenci ninja, czy znikające rakiety, a przede wszystkim debiut nr 1 organizacji WIDMO.

Twórcy w jakimś stopniu pokazują nam kulturę japońską, nie zapominając oczywiście o charakterze zalotnika jakim jest Bond, tak więc pań wokół agenta jak zwykle jest sporo. W porównaniu do „Operacji Piorun” momentów absurdalnych i kiczowatych jest zdecydowanie mniej, zarówno jeśli chodzi o sceny akcji i efekty specjalne jak i samą fabułę. Najbardziej żenujące są popisy wspomnianych przeze mnie ninja, których sama obecność w filmie zalatuje rasizmem, czyli Japończycy = Ninja.

Duże wrażenie robi pojawienie się na ekranie Ernsta Stavro Blofelda, lidera SPECTRE, którego twarz w końcu mamy okazję zobaczyć. Wcielający się w niego Donald Pleasence tworzy obraz złoczyńcy z krwi i kości, osoby złowieszczej, bez skrupułów, której wygląd świetnie oddaje jej zły charakter. Co więcej, po raz pierwszy obserwujemy również jego bezpośrednią konfrontację z Bondem i choć nie trwa ona krótko, to od samego jej początku mamy wrażeniem, że w końcu trafił swój na swego i 007 stoi naprzeciw godnego siebie przeciwnika.

„Żyje się tylko dwa razy” uraczy was bodaj największą sceną akcji w serii filmów o Bondzie do momentu jego premiery. Scena, w której ninja robią napad na bazę Blofelda robi spektakularne wrażenie jak na czasy, w których została nakręcona choć samo zachowanie agentów jest bardzo chaotyczne i chwilami po prostu zabawne, niemniej niż Bond, który dzięki poprawionym brwiom ma wyglądać jak Japończyk.

Film wypada zdecydowanie lepiej niż jego poprzednik „Operacja Piorun” i pozostawia po sobie naprawdę dobre wrażenie. Można powiedzieć, że twórcy uczą się na błędach, a scenariusz filmu został zdecydowanie bardziej przemyślany i dopracowany. Dwugodzinny seans mija błyskawicznie, a akcji praktycznie nie ma końca i jak zwykle w przypadku Jamesa Bonda, nigdy nie wiemy jak skończy się tak historia, wiemy jedynie, że Bond skończy z kobietą.

Ocena: 7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s