Jako, że prowadzę tego bloga od ponad trzech lat, dobrze wiem co to jest blokada autorska. Czasem nawet po obejrzeniu świetnego filmu czy serialu, bądź przeczytaniu fantastycznej książki w głowie pojawia się pustka. Niejeden autor mierzył się z tym problemem. Chyba nie ma tytułu, który w ciekawszy sposób podchodzi od tego tematu niż produkcja braci Coen z 1991 r., pt. Barton Fink.

Mamy rok 1941. Stany Zjednoczone nie przystąpiły jeszcze do drugiej wojny światowej. Tytułowy Barton Fink to dramaturg, który odnosi wielki sukces na Broadwayu. Jest rozchwytywany zarówno przez krytyków jak i przez widzów. To jednak dla niego za mało. Dąży do doskonałości. Za cel obrał sobie tworzenie historii dla „przeciętnego Kowalskiego”, która będzie opowiadać o jego życiu i problemach. Nagle pojawia się jednak okazja spróbowania swoich sił w czymś innym, a mianowicie w filmie.

Bohater dostaje propozycję pracy w Hollywood. Początkowo jest sceptyczny, gdyż uważa, że nie jest to miejsce dla jego historii. Przekonuje go jednak agent, stwierdzający, że porządnie tam zarobi, a potem do końca życia będzie mógł pisać co tylko dusza zabraknie. Fink pakuje się i wprowadza do hotelu w Los Angeles, gdzie zaczyna pracować nad scenariuszem do filmu o zapasach. Tak, o zapasach. Tylko co on o nich wie?

Z Nowego Jorku przenosimy się zatem na drugie wybrzeże USA. Trafiamy prawdopodobnie do jednego z najdziwniejszych filmowych hoteli. Z jednej strony rozwija się przed nam dramatyczna historia pisarza, który nie jest w stanie pisać. Z drugiej strony, już od pierwszych minut spędzonych z bohaterem w Kalifornii, w powietrzu czuć niepokój i napięcie. Wśród hotelowej ciszy rozlegają się różne dźwięki, czy to śmiejący się w niebogłosy sąsiad, czy para uprawiająca seks, czy odchodząca ze ściany tapeta. Mówiąc krótko, jest dziwnie.

Prosto z pokręconych umysłów braci Coen

Barton Fink to najdziwniejsza historia o poszukiwaniu weny z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia. Bracia Coen w kreatywny sposób połączyli ten motyw z atmosferą rodem z dreszczowców. Świetnie wpisuje się w nią odgrywający główną rolę John Turturro. Hipnotyzuje wręcz widza paranoją, w którą zaczyna z czasem wpadać. Dodatkowo, jego postać świetnie kontrastuje z Hollywood. Szef wytwórni chce „stylu Finka”, co dla każdej logicznie myślącej osoby oznaczałoby poważniejszą, nastawioną na społeczne problemy historię o zwykłych ludziach. Czujemy jednak, że tak naprawdę chce czegoś prostego i schematycznego. I Fink nie potrafi tego zrozumieć.

Rosnąca z każdą minutą paranoja bohatera to nie jedyny mocny punkt filmu. Pojawia się zapijaczony pisarz W.P. Mayhew, który jest idolem dla bohatera. W pokręcony, charakterystyczny dla produkcji braci Coen sposób, okazuje się jednak być nieudacznikiem, a jego największe dzieła są zasługą sekretarki. Ta zresztą jest bardziej istotna dla rozwoju fabuły niż mogłoby się wam wydawać, ale nie zdradzam wam wszystkich szczegółów. Jest też John Goodman w roli sąsiada, który początkowo sprawia wrażenie furiata, ale nawiązuje pozytywną relację z bohaterem. Pamiętajcie jednak, że nic nie jest tu takie jak być powinno.

Barton Fink

Barton Fink – jedyny w swoim rodzaju

Hipnotyzujący był seans tego filmu. Zaczyna się on bardzo spokojnie, a z czasem przeradza w coś, czego za nic byśmy się nie spodziewali. Wbrew pozorom, ta historia dramaturga z Nowego Jorku staje się mroczna, a nawet brutalna i po prostu przerażająca. Świetne dialogi i jeszcze lepsze aktorstwo. Oglądamy to, siedząc na krawędzi naszego siedzenia, nie wiedząc co za chwilę może się wydarzyć. Jeśli szukacie historii, która was zaskoczy, a jednocześnie wizualnie oszołomi, to Barton Fink jak najbardziej spełnia te wymagania.

Ocena: 7,5/10

Zdjęcia: IMDb

1 thought on “Barton Fink – recenzja filmu

Leave a Reply

%d bloggers like this: