Gęsia skórka (2023) – recenzja 1. sezonu serialu

Nieraz już podkreślałem, że żyjemy w czasach popkulturowego recyklingu. Ukochane przez fanów filmy i seriale wracają w nowych, często bardzo odmienionych wersjach. Z ich jakością bywa różnie, tak samo zresztą jak z motywacją, która stoi za ich produkcją. Kolejnym z tytułów, który w dzieciństwie był bardzo bliski memu sercu, a teraz już po raz trzeci podjęto się próby zrobienia z niego hitu jest Gęsia Skórka.

Tak. Gęsia Skórka. Serial z 1995 r. na podstawie twórczości R. L. Stine’a był zlepkiem mrożących krew w żyłach najmłodszych opowieści dla najmłodszych, który okazał się być niezwykłym hitem w tej grupie wiekowej. Coś musieli zrobić dobrze skoro dzieciaki, w tym ja, chciały wracać do tych strasznych historii, prawda?

W 2015 r. Gęsia Skórka wróciła za sprawą filmu kinowego. Zagrało w nim nawet kilka znanych twarzy, przede wszystkim Jack Black. Jedynym punktem łączącym serial i film były postacie wykreowane przez autora książek, które niektórzy widzowie z pewnością kojarzyli z poszczególnych odcinków serialu. I to by było na tyle. To nie był ten klimat, ta nutka kiczu z lat 90. Ktoś to jednak obejrzał i w 2018 r. pojawiła się druga część filmu.

Filmy swoje zarobiły, a budżet się spłacił. Nie okazały się jednak być ogromnymi hitami, a zarówno krytycy jak i widzowie nie przekonali się do nich w pełni. Nie minęło zbyt wiele czasu, a ktoś wpadł na pomysł, że warto kolejny raz podejść do próby wykorzystania materiału źródłowego zawartego w serialu sprzed ponad 20 lat. W ten oto sposób Gęsia Skórka powróciła po raz trzeci, tylko tym razem w wersji serialowej.

Gdy usłyszałem, że ma powstać serial oparty na tym tytule, pomyślałem że tym razem coś faktycznie może z tego wyjść. Historie R. L. Stine’a zdecydowanie lepiej pasują bowiem do tego formatu. Szybko jednak sprowadziły mnie na ziemię pierwsze jego opisy.

Serial śledzi grupę pięciu licealistów w małym miasteczku Port Lawrence, którzy odkrywają mroczne sekrety związane z tragiczną śmiercią nastoletniego chłopca o imieniu Harold Biddle, która miała miejsce trzy dekady wcześniej. Po zorganizowaniu imprezy Halloween w starym domu Biddle’ów nastolatkowie znajdują się w nowej, nawiedzonej rzeczywistości, w której muszą połączyć siły, aby uratować miasto, dowiadując się czegoś o sobie i swoich rodzicach.

Tak to przedstawia Filmweb i jest to bardzo zwięzłe podsumowanie tego czym nowa Gęsia Skórka jest. Twórcy serialu stworzonego na potrzeby platformy Disney Plus wzięli część motywów z oryginału, jednego znanego bohatera i zrobili horror dla nastolatków. W sumie takie są w ostatnim czasie popularne, więc postanowili wykorzystać panujące trendy. Przyznam jednak, że dla mnie nie brzmiało to zbyt ciekawie, ale wypadało sprawdzić co z tego wyszło.

Odcinków mamy 10, ale twórcy dali sobie szansę na kolejny sezon, więc w przyszłości może być ich więcej. Bohaterowie to zróżnicowana grupka licealistów. Wszystkie rasy i orientacje, chciałoby się powiedzieć. W końcu poprawność polityczna często góruje we współczesnych produkcjach. Wracając jednak do tematu, Wszystko zaczyna się jak typowa historia dla młodzieży. Sport, romanse, imprezy i inne klimaty z amerykańskich seriali, chociażby takich jakie masowo produkuje stacja CW. Nic nowego.

W końcu dołożony zostaje nadprzyrodzony element grozy. Wspomniany chłopak, który przed laty zmarł nawiedza nowego mieszkańca jego dawnego domu. Chce zemścić się na osobach, które wini za swoją śmierć, ale nie tylko. I tutaj dochodzi element, który szczerze powiedziawszy, obniżył moją ocenę serialu. Dlaczego? Bo już to grali! I to niejeden raz. Okazuje się bowiem, że ponownie fabuła będzie kręcić się wokół pewnej ożywionej lalki. Tak. Powraca Slappy.

Tyle niesamowitych historii R. L. Stine’a, a znowu trzeba posiłkować się złowieszczą lalką? Naprawdę szkoda. Choć jest to jedna z najciekawszych i najlepszych postaci wykreowanych przez tego autora, to na tym etapie można już mieć jej przesyt. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. O ile sam początek serialu wprowadził jeszcze nieco świeżości, wykorzystują motywy, kojarzące się z Gęsią Skórką jak choćby złowieszcza maska, aparat przepowiadający przyszłość, czy robale, to wraz z pojawieniem się Slappy’ego moja uwaga zaczęła maleć.

Jako, że jest to horror z elementami fantasy, to już na wstępie odsuwamy na bok logikę, gdyż wiadomo, że tej będzie tutaj miejscami brakować. Niektóre wybory bohaterów są jednak tak niezrozumiałe, że aż odechciewa się oglądać. Chłopakowi bardzo szybko goi się złamana ręka, dzieciaki jak zwykle nie są wysłuchiwane przez rodziców, a w sumie to nawet dorośli odwalają głupoty, np. wyznanie policji, że za zniszczeniami w fabryce stoi wielki potwór jakby wcale nie miało to umieścić nas w wariatkowie.

Nowa Gęsia skórka miała jakiś potencjał, ale nie udało się go wykorzystać. Dla mnie to po prostu nie nadaje się na tak długie formy. Jedną historię można by zwięźle i porządnie opowiedzieć w kilku odcinkach, a później przejść do innych opowieści i bohaterów. I może nawet potem jakoś to wszystko połączyć ze sobą w całość. Kiedy jednak każesz widzowi uwierzyć w zachowanie bohaterów, którzy pokonują morderczą lalkę, trafiają do innego wymiaru i walczą z całym mnóstwem horrorów, jednocześnie starając się to wszystko uwiarygodnić, to podejmujesz się daremnego trudu.

Nuda, przewidywalność, a to wszystko skrojone pod amerykańskich nastolatków. Już to grali i to wiele razy. Efekty specjalne są przyzwoite, a twórcom nawet udało się w miarę przejrzyście ułożyć historię, ale to zdecydowanie za mało dla dojrzałych widzów, a co dopiero dla zaprawionych w bojach miłośników horrorów. Całość stara się ratować Justin Long, który dostał tu największe pole do popisu, lecz to i tak za mało by Gęsia skórka została przeze mnie pozytywnie odebrana.

Ocena: 5,5/10

Zdjęcia: Disney Plus

Jeden komentarz

Dodaj odpowiedź do Gęsia skórka: Zagubieni – recenzja serialu – Z innego świata Anuluj pisanie odpowiedzi