Netflix kontynuuje budowanie oryginalnych uniwersów. Wśród nich mogliśmy do tej pory znaleźć m. in. Opowieści z Arkadii, Narcos, czy Na noże. Ostatnio coraz więcej mówi się o nowej produkcji ze świata Wednesday, ale dziś powracamy do innego popularnego tytułu platformy streamingowej jakim jest Dom z papieru. To wszystko za sprawą prequela zatytułowanego po prostu Berlin.
Po dwóch pierwszych sezonach poziom scenariusza Domu z papieru znacznie obniżył loty. Kolejne serie, to było już bardziej oczekiwanie na to jak twórcy zakończą tę historię niż czerpanie ogromnej satysfakcji z ich seansu. Stąd, pomimo tego, że jak wielu widzów także ja pokochałem charyzmatyczną postać Berlina, pojawiło się wiele obaw wobec jakości nowego serialu osadzonego w tym uniwersum.
No i cóż. Berlin, to w sumie nic nowego. Nasz bohater szykuje wielki skok. Tylko tym razem akcja serialu toczy się w Paryżu, a Hiszpana z wyjątkiem pewnego inteligentnego wykładowcy stanowi młodzież. Mamy zatem akcję, mamy romans, bo w gruncie rzeczy jest to swego rodzaju opowieść o miłości, mam solidną dawkę adrenaliny. W dużym skrócie serial jest lekkim, emocjonującym teledyskiem. Widzowie serii nie będą jednak tutaj niczym specjalnie zaskoczeni.
Generalnie, serial to fajna rozrywka na weekend. Seks, sekrety, zwroty akcji i budżet na muzykę chyba większy niż na efekty specjalne. Można śmiało załączyć kolejne odcinki, a w międzyczasie wziąć się za pranie, prasowanie, gotowanie, czy co tam jeszcze mamy do roboty. Wiele nie stracimy, bo to w gruncie rzeczy prosta historia o kradzieży drogocennych klejnotów.
Sporo wątków jest bardzo przewidywalnych. Wiadomo, że Berlin w końcu coś odwali i najpewniej narazi całą bandę na niebezpieczeństwo, a skok na niepowodzenie. Mniej spodziewamy się tego po młodych członkach ekipy, ale na kilometr wyczuwamy między nimi napięcie seksualne i tylko czekamy kiedy coś między nimi nastąpi, co oczywiście w końcu ma miejsce.

Aktorsko jest fajnie, chociaż nie ma szału. Jest hakerka, twardziel, mózgowiec. Pedro Alonso jako Berlin to klasa sama w sobie. Trzeba jednak powiedzieć, że jego kreacja aktorska to dobre 60% tego serialu. Wyjmijmy Berlina i będzie dość nudno. Poza tym widać, że Berlin to serial zrobiony pod młodszych widzów, stąd to wspomniane napięcie seksualne i romantyczny wątek, który w sumie zajmuje pewnie z połowę odcinków.
Nie da się ukryć, że oglądając taki serial logikę należy odłożyć na bok. Gdyby bohaterowie posługiwali się nią przez większość czasu, to nie mielibyśmy zaskakujących zwrotów akcji i trzymających w napięciu scen. Każdy członek bandy w końcu znajduje się w takich okolicznościach, gdy cały plan w ciągu kilku sekund może wziąć w łeb. Są to z całą pewnością najbardziej ekscytujące momenty i jest ich tutaj sporo. Jak to w życiu, nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem.

Po pierwszym odcinku byłem sceptycznie nastawiony do całego serialu, ale wraz z kolejnymi epizodami Berlin przekonał mnie, że to solidna rozrywka. Podejrzewam, że większości z was w pamięć zapadną te wszystkie muzyczne, czy nawet śpiewane sceny. Nie jest to jednak żadne arcydzieło, ani hit. Nie zaskakuje i nie trzyma w napięciu tak jak dwa pierwsze sezonu Domu z papieru, lecz bawiłem się przy nim naprawdę dobrze. Twórcy dodatkowo zostawili sobie furtkę na kontynuację – jeśli osiągnie sukces – choć jak dla mnie lepiej pozostać na tych ośmiu odcinkach.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Netflix
