W ostatnich latach Hollywood zaczęło pokazywać, że dosłownie wszystko może stanowić źródło historii dla filmu. Dotyczy to zabawek, gier planszowych, czy gier wideo. Nie ważne jak absurdalnie by to brzmiało. Teraz, nikogo już to nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że wiele z tych produkcji osiągnęło komercyjny sukces. W 2025 roku jednym z takich tytułów był Minecraft: Film, który w końcu postanowiłem obejrzeć.
Długo bałem się obejrzeć ten film. Zarys fabuły i kolejne materiały promocyjne nie napawały mnie nadzieją na dobrą rozrywkę. Zalew negatywnych opinii również w tym nie pomógł. Niemal miliard dolarów zarobionych na całym świecie zasugerował mi jednak, że twórcy Minecraft: Film coś musieli tutaj jednak zrobić dobrze. W końcu się przełamałem by przekonać się, co mogło zdecydować o sukcesie produkcji.
Fabuła filmu zabiera nas do fikcyjnego miasteczka, w którym niespełniony, obsesyjnie myślący o kopaniu Steve po wielu latach spełnia swoje marzenie. Tak się akurat składa, że odnajduje tajemnicze artefakty, które w połączeniu ze sobą otwierają przejście do zupełnie innego świata! W Nadziemiu, bo tak nazywa się to miejsce, można tworzyć dowoli, dając ujście swojej wyobraźni. W mroku czai się jednak zagrożenie. Wkrótce Steve oraz trójka innych bohaterów będą musieli obronić ten świat przed siłami zła.
Minecraft: Film to naprawdę nieskomplikowana historia. W zasadzie, już od samego początku wszystko zostaje nam wytłumaczone, gdy poznajemy historię Steve’a. Całość zasadza się na dziwacznym, magicznym świecie, w którym wszystko jest możliwe i o wiele bardziej absurdalnym, fikcyjnym miasteczku, z którego bohaterowie przenoszą się do Nadziemia. Tam bowiem znajduje się fabryka chipsów, gdzie zaczyna pracować młoda dziewczyna, opiekująca się nastoletnim bratem, który tworzy plecak odrzutowy, a Garrett „Śmieciarz” Garrison żyje przeszłością, gdy w latach 80. był mistrzem pewnej gry wideo.

Fabuła jest prosta, a przede wszystkim absurdalna, ale jest to ten rodzaj absurdu, który mnie wyjątkowo śmieszy. Oczywiście, ekspozycja postaci jest banalna i błyskawiczna, a na dodatek nie ma tutaj wiele miejsca na ich rozwój. Tylko, że Minecraft: Film to nie ma być ambitna adaptacja popularnej gry wideo. To jest czysta, „odmóżdżająca” rozrywka, a każdy czasem potrzebuje się odstresować, zrelaksować i zapomnieć o wszystkich problemach otaczającego świata. Z całą pewnością jest to jeden z powodów wielkiego sukcesu tej produkcji.
Wszystkie postaci są na swój sposób bardzo barwne, ale na pierwszy plan wysuwają się Jack Black i Jason Momoa. Ten pierwszy występuje w typowej dla siebie, przerysowanej, energetycznej roli. To Black w swoim żywiole, robiący niesamowite wygibasy, a na dodatek śpiewający przezabawne piosenki. Z kolei Momoa gra tutaj rolę, z jaką nikt by go nie skojarzył. To chłop jak dzwon, ale gra przesadnie pewnego siebie nieudacznika, który nie potrafi przyznać się do porażki i „jedzie” na sukcesie z czasów młodości. Wspaniale wypada według mnie ten kontrast, a aktor serwuje nam jedne z najzabawniejszych i najgłupszych dialogów jakie w ogóle słyszałem.

Absurdalny humor zdecydowanie do mnie trafił, podobnie jak barwni bohaterowie. Dostrzegam prostotę i mankamenty scenariusza, ale nie wpłynęły one negatywnie na rozrywkę jaką zaserwował mi film. Choć miałem okazję grać w Minecraft, to nie jestem na tyle obeznany z tym tytułem by opowiedzieć jak wypadają nawiązania do świata gry wideo. Efekty specjalne wypadają jednak moim zdaniem naprawdę bardzo fajnie, a postaci z magicznego świata wnoszą do historii równie dużo humoru co aktorzy i aktorki.
Minecraft: Film bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Nie jest to żadne arcydzieło, ale dawno się tak nie uśmiałem. Prostota historii w połączeniu z absurdalnym humorem zadziałały tutaj na korzyść produkcji. To świetna rozrywka dla całej rodziny, a zwłaszcza dla najmłodszych, bo nie wymaga od nich wielkiego skupienia, jest kolorowa i przezabawna. Myślę nawet, że film zachęci wielu widzów do przekonania się nad możliwościami gry. Ma się co prawda pewien niedosyt związany ze słabo rozbudowaną fabułą, ale od razu po seansie chciałoby się powrócić do tego świata, a według mnie jest to jeden z najistotniejszych wyznaczników dobrze zrobionego filmu.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Warner Bros.
