Jednym z największych filmowych hitów platformy Netflix ostatnich lat okazała się być detektywistyczna seria Riana Johnsona z Danielem Craigiem w roli ekstrawaganckiego śledczego, Benoit Blanca. Po trzech latach zadebiutowała trzecia część cyklu, Żywy czy martwy, tylko czy dorównuje ona jego poprzednim odsłonom?
Tym razem nasz detektyw będzie musiał zmierzyć się z wiarą, by rozwikłać zagadkę morderstwa, które wydaje się być niemożliwe. Tym razem trafiamy do małego miasteczka, gdzieś w stanie Nowy Jork, gdzie znany ze swoich prowokacyjnych poglądów prałat Wicks pada ofiarą tajemniczego zabójstwa. Podejrzanych, jak zwykle, jest wielu, ale może to wcale nie morderstwo, lecz boska ingerencja? Odpowiedź właśnie na to pytanie spróbuje znaleźć Blanc.
Zacznijmy od nieco nudnego, schematycznego, półgodzinnego wstępu. Rian Johnson przedstawia nam wszystkie najważniejsze postaci nadchodzącego spektaklu. Widzimy jakie relacje łączą ich z kościołem Wicksa, a na pierwszy plan wychodzi młody ksiądz, który niedawno został przysłany do parafii i szybko przekonał się o panujących tam despotycznych rządach prałata, z miejsca wchodząc mu w drogę, a tym samym stając się pierwszym podejrzanym, gdy dochodzi do mordu.
Kolejne dwie godziny filmu to już dochodzenie do prawdy, śledzenie kolejnych tropów, wyprowadzanie widza w pole, by ostatecznie zaskoczyć nas w finale. Choć miałem swoje typy i w niewielkim stopniu niektóre moje przemyślenia się sprawdziły, nie byłem w stanie przewidzieć rozwiązania zagadki napisanej przez Riana Johnsona. Ta sztuka udała mu się w równym stopniu, co w poprzednich odsłonach serii i zdecydowanie trzeba za nią reżysera i scenarzystę filmu pochwalić.

Tak jak w dwóch poprzednich częściach, twórcy Żywy czy martwy udaje się stworzyć zestaw barwnych postaci. Każdy jest tutaj jakiś i nie ma tu miejsca na nijakość. Bardzo szybko kształtuje się nasza opinia na temat poszczególnych bohaterów. Nie ważne, czy dotyczy to zawierzającej prałatowi, niepełnosprawnej wiolonczelistki, topiącego smutki po rozstaniu z żoną lekarza, ambitnego, młodego polityka, czy nawet parafialnego ogrodnika. Plejada gwiazd (m. in. Josh Brolin, Glenn Close, Jeremy Renner, Andrew Scott) staje na wysokości zadania, tworząc zapadające w pamięć kreacje. Błyszczy zwłaszcza Josh O’Connor w roli młodego księdza, który musi zmierzyć się z prałatem, a później także jego śmiercią i różnymi oskarżeniami.
Problematyczne jest tutaj przede wszystkim tempo akcji i nierówna narracja. Szybko widać również, że niektórzy aktorzy z drugiego planu mają tutaj mniejsze pole do popisu, a ciężar fabuły spada na kilka konkretnych postaci, co z kolei pozwala w pewnym stopniu doszukiwać się winnego mordu wśród nich. Choć przez całość filmu zastanawiałem się jakie będzie rozwiązanie zagadki, które ostatecznie mnie zaskoczyło, nie czułem napięcia w drodze od zabójstwa do finału. Być może to stłumione kolory, czy kościelny krajobraz znużyły mnie w trakcie seansu.

Oprócz kryminalnej zagadki w stylu Agathy Christie, typowej dla serii Na noże, przez całość filmu przewija się refleksja na temat wiary i działalności kościoła na przykładzie dwóch skrajnych przykładów, czyli prałata Wicksa i księdza Juda Duplenticy. Widzimy także jak prezentuje się obraz współczesnych wiernych. Odniosłem wrażenie, że było tego tutaj trochę za dużo, momentami jakby ten motyw zdominował kryminalną zagadkę. Nie będę jednak ukrywał, że połączenie tych wątków generalnie zadziałało tutaj dobrze, skłaniając do refleksji na wspomniane przeze mnie tematy.
Żywy czy martwy to solidny kryminał, ale mnie nie wciągnął. Wszystko stoi tutaj na dobrym poziomie, tylko że przy trzeciej i każdej kolejnej części widz oczekuje czegoś więcej. Tutaj zmieniają się bohaterowie i otoczenie, ale mamy ten sam, znany nam już schemat. W połączeniu z bardzo tendencyjnym i długim wprowadzeniem, nowy film Riana Johnsona nie jest oszałamiającą kryminalną zagadką, lecz jedną z wielu jakie w ciągu roku mamy okazję obejrzeć.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Netflix
