Paul Thomas Anderson to jeden z tych reżyserów, którego filmom za nic nie można zarzucić nijakości, czy braku oryginalności. Nie bez powodu ma na swoim koncie 11 nominacji do Oscarów, a do jego obrazów niczym ćmy do światła lgną największe gwiazdy Hollywood. Jego filmy zdecydowanie zapadają w pamięć i nie inaczej jest w przypadku Wady ukrytej.
Oglądając film, chciałoby się zacytować kultową piosenkę zespołu Queen, Bohemian Rhapsody – „Czy to prawdziwe życie? Czy to tylko fantazja?”. Wada ukryta to bowiem zakręcona historia, tocząca się jakby w oparach trawki ciągle palonej przez głównego bohatera, ciągnąca nas od jednego absurdu do kolejnego. Jeśli jesteście gotowi dodać trochę szaleństwa do swojego dnia, to tytuł ten zdecydowanie wam je zapewni.
Akcja filmu rozgrywa się na przełomie lat 60. i 70. w Kalifornii. Larry „Doc” Sportello, prywatny detektyw i „zapalony” hippis, zostaje wplątany w pozornie prostą sprawę. Jego była dziewczyna Shasta Fay Hepworth prosi go o pomoc w uratowaniu bogatego kochanka przed tajemniczym spiskiem. Tylko, że wkrótce kobieta znika, w szerokim obrazie sprawy pojawiają się narkotyki, syndykaty, informatorzy i policja, a nasz bohater nie ma zamiaru opuszczać haju, w którym pozostaje chyba od momentu zanim zaczęliśmy oglądać film.
Kolejne tropy stwarzają więcej pytań niż dają nam odpowiedzi. Chyba tylko główny bohater jest bardziej zdezorientowany niż my, ale ta dezorientacja sprawiła, że z ciekawością oglądałem następne sceny i wątki. Tym bardziej, że z czasem pojawia się coraz więcej dziwacznych bohaterów, a historia jest utrzymana w lekkim i humorystycznym tonie, nawet jeśli za postaci przemawiają ich pięści, a nie słowa.

Zakręcona, celowo wybijająca nas z tropu fabuła, to tylko jeden z plusów filmu. Kolejnym są świetne kreacje aktorskie, bo Wada ukryta jest ich pełna. Mamy tutaj jedną z najlepszych ról Joaquina Phoenixa. Jego ciągle zmęczony, często nie kontaktujący z otaczającą go rzeczywistością „Doc” błyszczy, a aktor jest w tej roli tak naturalny jakby urodził się by ją zagrać. W pamięć zapada nam również Josh Brolin jako Christian „Bigfoot” Bjornsen, policjant, konserwatywny, agresywny twardziel w kontraście do głównego bohatera. Poza tym na ekranie pojawiają się również Benicio del Toro, Owen Wilson, czy Martin Short, wszyscy w mniejszych, ale pamiętnych, balansujących na granicy parodii bohaterów.
Świetnie za kamerą sprawdza się Paul Thomas Anderson. Film charakteryzuje się fragmentaryczną narracją, a luźny montaż wspiera dezorientujący charakter historii. Reżyser nie prowadzi widza za rękę. Pozwala nam zgubić się w tym chaosie razem z głównym bohaterem. Dla mnie jest to fantastyczny zabieg, dzięki któremu w pełni zanurzamy się w fabule i jej absurdalnych momentach. Anderson po raz kolejny udowadnia swoją jakość i odważnie stawia na swój pomysł, zdecydowanie wymykając się spod hollywoodzkich rygorów.

Wada ukryta udowadnia wielką jakość Paula Thomasa Andersona. To według mnie jeden z jego najlepszych filmów, a zarazem jedna z najbardziej pokręconych historii jakie miałem okazję poznać. Świetne aktorstwo, nieszablonowa fabuła, poczucie humoru, klimat, a także muzyka Jonny’ego Greenwooda, która doskonale go podkreśla. Naprawdę każdy element filmu w moim mniemaniu zagrał tutaj jak należy, tworząc kameralny, ale hipnotyzujący spektakl, który polecam każdemu widzowi.
Ocena: 7,5/10
Zdjęcia: Warner Bros. Pictures
