Jeśli Hollywood na czym się dobrze zna, to na wykorzystywaniu cudzych pomysłów. Nieraz potrzebne są do tego duże pieniądze, ale gdy spojrzymy na wiele popularnych produkcji, to często oparte są na książkach, komiksach, animacjach, a nawet zagranicznych markach. Jednym z takich przykładów jest Godzilla, japońskie dobro narodowe, które jednak przebiło się na zachód. W 2014 r. franczyza zaliczyła nowe otwarcie za sprawą filmu, o którym chciałbym wam dzisiaj opowiedzieć.
Nie ma dziś chyba osoby, która przynajmniej nie kojarzyłaby legendarnego japońskiego kaiju (jap. potwór, monstrum), będącego bohaterem kilkudziesięciu produkcji, od filmów, przez seriale, aż po animacje. W 2014 r. Legendary Pictures i Warner Bros. we współpracy ze studiem Toho wydały na świat hollywoodzki blockbuster, który niejako miał być nowym otwarciem dla postaci, w zamyśle trafiając do jeszcze szerszego grona odbiorców, zapoczątkowując tzw. MonsterVerse.
Film rozpoczyna szybki wstęp, który zabiera nas w różne okresy czasu, zapowiadając pojawienie się tytułowego monstrum. Od przebitek, pokazujących archiwalne dokumenty i nagrania z testów nuklearnych, przez historię rodziny Brodych, pracującej w japońskiej elektrowni atomowej, gdy dochodzi do katastrofy, aż po wątek specjalnej organizacji Monarch i eksperta, dr Serizawy, który wie o sytuacji więcej niż mógłby powiedzieć.
Jak to często bywa, w filmie ludzkość okazuje się być nadgorliwa i zbyt ciekawska. To z kolei prowadzi do przebudzenia tzw. MUTO (Massive Unidentified Terrestrial Organisms), które sieją zniszczenie i destabilizują ekosystem. Wydaje się, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Nic, oprócz tytułowej Godzilli. Jeden z głównych problemów jest jednak taki, że na jej pojawienie się czekamy w zasadzie do samego finału, choć można by pomyśleć, że jest to filmy o Godzilli.

Mocną stroną filmu jest jego widowiskowość. Gareth Edwards buduje spektakl na wielką skalę. Otrzymujemy niezwykle realistyczne poczucie niszczycielskiej siły kaiju. Zniszczenia miast następują w naturalny i wiarygodny sposób. Pomagają w tym świetne efekty specjalne, ożywiające potwory i pokazujące ich nadprzyrodzone mocy. Sama Godzilla prezentuje się majestatycznie, a jej pojawienie się na ekranie warte jest długiego oczekiwania.
Ken Watanabe i Bryan Cranston tworzą naprawdę ciekawe kreacje aktorskie. Niestety, nie otrzymują zbyt wiele czasu by je rozwinąć. Ma się poczucie, że Godzilla nie wykorzystuje ich potencjału, ani wątków, których fundament stanowią obaj panowie. Z jednej strony mamy Cranstona, mającego obsesję na punkcie odkrycia prawdy o wypadku, który pozbawił życia jego żonę, przez co zaniedbuje swojego syna i samego siebie. Jest w nim swego rodzaju magnetyczne szaleństwo. Z drugiej strony, dr Serizawa w wykonaniu Watanabe, to postać stoicka, wyrażająca strach, a zarazem fascynację kaiju, ale jest on jedynie łącznikiem między historiami poszczególnych bohaterów.

Pozostali bohaterowie wypadają bardzo sztampowo i po prostu nudno. Zresztą, Godzilla powinna być w moich oczach bardziej filmem o potworach, a tutaj trochę za bardzo produkcja koncentruje się na ludzkich bohaterów, a i tak nie wykorzystuje ich potencjału. Popieram pokazanie z bliska jak zniszczenie kaiju bezpośrednio wpływa na ludzki żywot, ale w sercu historii po prostu musi być sama Godzilla, a ta pojawia się tutaj może na 10. minut, a oczekiwanie na jej debiut potrafi być nieznośne.
Poważny, ciężki klimat dodatkowo wspierają udane kompozycje Alexandre’a Desplata. Podkreślają majestat potworów, skalę zagrożenia i powagę sytuacji. Do tego dochodzi jeszcze charakterystyczny ryk Godzilli, który robi niezwykłe wrażenie. Dorzućmy także mroczne zdjęcia i odejście od hollywoodzkiego wygładzania i upraszczania wielu aspektów fabuły, a Godzilla okazuje się być przyzwoitym nowym startem dla franczyzy, choć pozostawiającym niedosyt.
Ocena: 6/10
Zdjęcia: Warner Bros.
