Obok Jamesa Bonda, najbardziej rozpoznawalną ikoną brytyjskiej popkultury jest Sherlock Holmes. Zgodzicie się chyba, gdy stwierdzę, że bohater powieści i opowiadań Arthura Conana Doyle’a wciąż rozpala wyobraźnię osób na całym świecie. Nie bez powodu stał się gwiazdą filmów i seriali, a teraz kolejny z nich, Młody Sherlock, kontynuuje bogate dziedzictwo tej postaci.
Choć nie jest to pierwszy raz, gdy na małym lub wielkim ekranie możemy zobaczyć perypetie młodego Holmesa (Young Sherlock: The Mystery of the Manor House z 1982 r., Young Sherlock Holmes z 1985 r.), nowy serial platformy Prime Video jest moim pierwszym spotkaniem z takim pomysłem. Myślę, że większość z nas ma w głowie pewien portret tego najsłynniejszego detektywa na świecie, ale jest to wizerunek ukształtowanej postaci, a tutaj przyglądamy się bohaterowi u progu swojej śledczej kariery.
Ośmioodcinkowy serial Guya Ritchiego daje nam nowe i świeże spojrzenie na wiele postaci znanych z uniwersum wykreowanego przez Arthura Conana Doyle’a, czasami w zaskakującym wydaniu. Jeśli chodzi o fabułę, produkcja jest luźno inspirowana serią powieści Young Sherlock Holmes autorstwa Andrew, skupiającą się na wczesnych latach życia późniejszego detektywa.
1. sezon przenosi nas do 1871 roku. W dość nietypowych okolicznościach poznajemy 19-letniego Sherlocka Holmes, odsiadującego wyrok, głównie za obrazę sądu, ale także za trening kradzieży kieszonkowej. Młody, zbuntowany, pewny siebie nastolatek zdaje się cały czas poszukiwać sposobów na zabicie nudy. Za namową brata, Mycrofta wyrusza do Oksfordu, gdzie od razu wpada w tarapaty, co zresztą jest dla niego charakterystyczne im dłużej oglądamy serial. Zostaje oskarżony o morderstwo, a jak wkrótce się przekonujemy sprawa ma globalne rozmiary. Czy bohaterowi uda się rozwikłać wielką zagadkę i oczyścić się z zarzutów? Właśnie o tym przekonujemy się na przestrzeni ośmiu epizodów.

Młody Sherlock naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Początkowo sceptycznie podchodziłem do tego projektu, bo pomysły na odmładzanie znanych bohaterów często się nie sprawdzają (Solo: Gwiezdne Wojny – historie, Pan, czy Leatherface), a tutaj mamy do czynienia z jednym z najpopularniejszych bohaterów, na dodatek bliskim mojemu sercu. Nigdy nie byłem też ogromnym fanem Guya Ritchiego, w którego produkcjach zawsze lepiej wypadała akcja, niż fabuła. Okazało się jednak, że moje obawy były generalnie nie potrzebne i serial zapewnił mi mnóstwo rozrywki.
Fajnie oglądało mi się serial ze względu na to, że znam ukształtowane wersje różnych bohaterów, a tutaj rozpoczynają one ewolucję w tym kierunku. Dotyczy do nie tylko Holmesa. Najbardziej pozytywną niespodzianką była obecność Moriarty’ego, znanego w końcu jako nemesis Sherlocka. W zaskakującym zwrocie akcji, Guy Ritchie postanowił zrobić z niego partnera dla Holmesa, pokazując jednak powoli jak ich drogi mogą się rozejść, mimo wielu podobieństw i rodzącej się między nimi przyjaźni. Mamy także Mycrofta, stawiającego pierwsze kroki w politycznej karierze, rodziców Holmesa, którzy odgrywają istotną rolę w historii, czy nawet początkującego konstabla Lestrade’a.

Postaci zostały świetnie obsadzone. Hero Fiennes Tiffin i Donal Finn jako Holmes i Moriarty wspaniale wypadają razem na małym ekranie. Chemia między dwójką aktorów jest niepodważalna i to oni ciągną historię do przodu. Tempo jest zresztą dosyć szybkie, co dobrze sprawdza się zwłaszcza, gdy bohaterowie biorą sprawy w swoje ręce i muszą uciekać, ścigać, czy walczyć. Fabuła jest przejrzysta i zrozumiała, a jednocześnie pełna zwrotów akcji. Druga część sezonu sprawia wrażenie bardziej chaotycznej, gdy jego skala okazuje się zdecydowanie wykraczać poza Oksford. Wydaje mi się jednak, że kreatywne wybory twórców, lepsze lub gorsze, wynikają z nakierowania wspomnianych elementów na dostarczenie dynamicznej rozrywki dla widzów, co według mnie doskonale się udało.
Energiczny styl Guya Ritchiego po raz kolejny sprawdza się w świecie Sherlocka Holmesa. Zdecydowanie nie jest nudno. Wizualnie Młody Sherlock prezentuje się wiarygodnie i z łatwością przenosimy się do epoki wiktoriańskiej. W tle przygrywa nam mieszanka indie rocka z lat 90., folku, a nawet utworów Nancy Sinatry i zaskakująco dobrze pasuje do perypetii młodych bohaterów serialu. Produkcja odchodzi od znanego nam obrazu detektywa, ale skoro pokazuje jego młodość, to według mnie jak najbardziej może pozwolić sobie na pewne uproszczenia, więcej dynamiki i akcji, a nieco mniej dedukcji. Stawia za to na rozwój postaci, sporą dawkę humoru, ostre dialogi i kreatywny chaos, który dostarcza rozrywki.

Jeśli oczekiwaliście ambitnej, dramatycznej, trzymającej w napięciu detektywistycznej przygody młodego Holmesa, to tutaj jej nie zobaczycie. Jeśli wyjdziecie jednak z założenia, że macie do czynienia z produkcją rozrywkową, to Młody Sherlock sprawi wam sporo frajdy. Świetna obsada (Hero Fiennes Tiffin, Donal Finn, Joseph Fiennes, Colin Firth, Natascha McElhone, Max Irons, Holly Cattle, czy Zine Tseng), mnóstwo bardzo dobrze zrealizowanych scen akcji, scenografia i kostiumy przenoszące nas do epoki plus tajemnice, zagadki i mnóstwo niespodzianek, a wszystko sprowadza się do rodziny. Właśnie ta kombinacja czyni serial świetną odskocznią od codziennych trudów, na dodatek z potencjałem na coś jeszcze lepszego, jeśli będzie on kontynuowany. Ja bawiłem się wyśmienicie i polecam wam nabrać odpowiedniego dystansu, a tytuł Amazona może podziałać na was podobnie.
Ocena: 7/10
Zdjęcia: Prime Video
