W ciągu ostatnich kilku lat, widzowie zdążyli przyzwyczaić się do powrotów wielu ukochanych produkcji. Nawet po bardzo długim czasie od ich pierwotnego zakończenia. Tak się akurat składa, że najnowszy przykład tego trendu dotyczy jednego z moich ulubionych seriali komediowych. Postanowiłem zatem wrócić do jego początków i sprawdzić, czy wciąż prezentuje się tak dobrze, jak go zapamiętałem. Mowa o serialu Hoży doktorzy.
Pamiętam, gdy pierwszy raz natrafiłem na serial Billa Lawrence’a jako nastolatek. Do czasów streamingu było daleko, ale na Comedy Central nieraz leciało po kilka odcinków tej komedii. Nie trzeba mi było wiele, by Hoży doktorzy niemal z miejsca mnie wciągnęli. Jak do tego doszło? O wszystkim zadecydowało świetne połączenie absurdalnego humoru, fantazji, medycznej otoczki i elementów dramatu. No i jeszcze barwni bohaterowie.
Serial przedstawia losy młodych lekarzy, wchodzących do świata medycyny, oczami Johna Doriana (J.D.). Od stażu w szpitalu Świętego Serca, przez kolejne szczeble zawodu. Jednocześnie przyglądamy się ich wzlotom i upadkom, zarówno tych medycznych jak i osobistych. Od opieki nad pacjentami, aż po miłosne doświadczenia. A to wszystko na przestrzeni nieco ponad 180 odcinków.
Nietypowe poczucie humoru, to jeden z najmocniejszych aspektów serialu. Jako, że absolutnie trafia w mój gust, poszczególne odcinki dały mi mnóstwo śmiechu i frajdy. Bardzo często żarty opierają się na fantazjach głównego bohatera. Ten bardzo często wyobraża sobie bowiem niemal wszystko, o czym rozmawia z pracownikami szpitala. Nieważne, czy dotyczy to jego ukrytych marzeń, czy największych strachów. Bywa, że humor jest dziecinny, ale to po części odpowiada charakterowi J. D., a sam bohater dojrzewa na przestrzeni dziewięciu sezonów. Ważne miejsce ma tutaj także typowo komediowa postać ciecia, który nienawidzi Doriana i wymyśla kolejne sposoby, by uprzykrzyć mu życie.

Co istotne, pierwsze sezony serialu są jakby próbą odnalezienia odpowiedniej formuły. Oglądając je ponownie odniosłem wrażenie, że na tym etapie brakowało w nich pewnej równowagi. Za bardzo skupiały się na kolejnych próbach ułożenia sobie romantycznego życia przez J. D. Mniej więcej w 3. sezonie zaczyna się to zmieniać na lepsze. Akcenty komediowe i dramatyczny zaczynają być lepiej rozłożone, a każda postać odgrywa odpowiednią rolę. Twórcy wiedzą w jakim kierunku chcą pchnąć każdego z nich, co zresztą później dostrzegamy. Podkreślę jednak jeszcze raz, że początek jest dosyć niemrawy.
Hoży doktorzy nie byliby takim sukcesem, gdyby nie główni bohaterowie. Nie wyobrażam sobie serialu bez żadnego z nich. To zresztą sprawiło, że 9. sezon, w którym wielu członków obsady odeszło, był zdecydowanie najsłabszy. Wracając jednak do bohaterów, to barwna gromada charakterów. Nie ma w niej dwóch identycznych osób, choć są punkty wspólne. Najbardziej w pamięć zapada dr Cox i jego ostry, pełen sarkazmu język oraz bezpośredni styl bycia. Nie szczypie się z nikim, a zwłaszcza nie z J. D., dla którego jest mentorem i nazywa go co rusz innym żeńskim imieniem. Jest również rygorystyczny i nie dbający o pracowników i pacjentów, lecz jedynie o sam szpital, dyrektor Bob Kelso. Mamy najlepszego przyjaciela głównego bohatera, niezwykle lojalnego i kochającego rywalizację Chrisa Turka. Do tego dochodzi dominująca, ale zarazem opiekuńcza siostra oddziałowa Carla oraz neurotyczna, skupiona na osiągnięciu sukcesu Elliot Reed, którą z J. D. na przestrzeni całego serialu łączą skomplikowane relacje.

Zach Braff, John C. McGinley, Donald Faison, Sarah Chalke, Neil Flynn, Ken Jenkins i Judy Reyes stworzyli tutaj coś niesamowitego. Wraz ze wzrostem popularności, oprócz głównej obsady, w serialu zaczęło pojawiać się mnóstwo rozpoznawalnych i znanych gwiazd, w tym m. in. Michael J. Fox, Brendan Fraser, Courtney Cox, Elizabeth Banks, Ryan Reynolds, Tom Cavanagh, czy Colin Farrell. Naprawdę nie przypominam sobie odcinka, w którym gra aktorska mnie zawiodła. Bywało, że problemem był jednak scenariusz, co dotyczy przede wszystkim ostatniego sezonu oryginalnej serii.
Poszczególne odcinki śmieszą, jak przystało na komedię. Elementy dramatyczne wypadają tutaj jednak równie dobrze. Kwestie utraty pacjentów i ludzkiej śmiertelności, wypalenia zawodowego, dojrzewania dorosłych osób, a także romantycznych wzlotów i upadków zostały świetnie ujęte i zrównoważone z humorem. Do tego droga jaką przechodzi J. D. została świetnie rozpisana. Finał jego historii z 8. sezonu, pokazujący jak wiele przeszedł i jak wszystkie zdarzenia i osoby, które pojawiły się w jego życiu, ukształtowały go jako lekarza i człowieka, jest piękny, a nawet wzruszający. Problem w tym, że później zdecydowano się na jeszcze jeden sezon, który to wszystko zepsuł.

9. sezon serialu zdecydowanie psuje moje pozytywne odczucia z nim związane. Większość obsady zastąpiono studentami medycyny, akcję przeniesiono do medycznej szkoły, a w pewnym momencie z ekranu zniknął nawet J. D., który przecież był sercem całej historii. Nie byłoby w tym wielkiego problemu, gdyby nie fakt, że nowi bohaterowie nie dorównywali oryginalnym bohaterom z poprzednich sezonów. Byli po prostu nudniejsi. Czuć było też spadek formy scenarzystów. Nie będę wdawał się w szczegóły, dlaczego kolejny sezon powstał, ale powiem tylko, że nie spotkał się on z przychylnymi opiniami zdecydowanej większości widzów i został zakończony po 13. odcinkach.
Hoży doktorzy, pozostają jednym z moich ulubionych komediowych seriali. 9. sezon to co prawda plama na honorze jego twórców i obniża moją ocenę produkcji, ale poza tym, nawet dziś śmieszy ona do rozpuku. Humor, świetny montaż, barwni bohaterowie, przez ponad 160. odcinków nie będziecie się nudzić. To inteligentna i zabawna historia, w której każdy widz znajdzie cząstkę siebie. Ja znalazłem i myślę, że z wami będzie podobnie.
PS. W tym miejscu pomijam jednak ostatni powrót serii z początku 2026 roku, o którym opowiem wam w innym miejscu.
Ocena: 7/10
Zdjęcia: Disney Plus
