„To” część 1 – To jest naprawdę coś!

Przyznam wam się do czegoś. Nigdy nie czytałem książki Stephena Kinga. Za to oglądałem mnóstwo ekranizacji jego prozy! Nie zawsze były to filmy udane, ale w pamięci zostały mi te tytuły, które czymś mnie zaciekawiły. „Zielona mila”, „Skazani na Shawshank”, czy „Lśnienie” to kilka z nich, a od dziś do tego grona dołącza „To”.

Mam tu na myśli film z 2017 r. w reżyserii Andresa Muschettiego, a nie dwu-odcinkowy serial z 1990 r. (do niego jeszcze powrócę). Horror oczarował zarówno dużą część widowni jak i krytyków, więc postanowiłem, że w końcu nadszedł czas by go obejrzeć.

Najkrócej rzecz ujmując, „To” opowiada historię grupki dzieciaków, których drogi krzyżują się słonecznego lata 1989 r. W Derry w stanie Maine znikają dzieci. Każdy ma swoją teorię na ten temat, ale prawda jest przerażająca. W miasteczku grasuje klaun i to taki, który nie ma zamiaru nikogo rozśmieszać.

Pierwsza rzecz jak rzuciła mi się w oczy w trakcie seansu, to fakt, że został on w taki sposób napisany i skonstruowany, że jest w stanie przemówić zarówno do widzów starszych jak i tych młodszych. Wydarzenia, które śledzimy zostały zaprezentowane z punktu widzenia grupki głównych bohaterów, którzy są według mnie kluczem do sukcesu tego filmu.

Takie nazwiska jak Jaeden Lieberher, Jeremy Ray Taylor, Sophia Lillis, czy Chosen Jacobs raczej nikomu nic nie powiedzą. Jedynie Finn Wolfhard z serialu „Stranger Things” jest tu znajomą twarzą. Po zapoznaniu się ze skromnymi dokonaniami nastolatków, okazał się, że kilku z nich już gdzieś widziałem, inni dopiero stawiają swoje pierwsze kroki w aktorstwie, ale jedno jest pewne. Mają talent.

Główni bohaterowie wypadają autentycznie. Każdy z nich ma w sobie coś charakterystycznego, a przynajmniej mają miejsce pewne zdarzenie, które stawiają ich w konkretnym kontekście. Jeden boi się wszystkich brudów i zarazków, drugi jest bardzo wyluzowany i lubi sobie zabluźnić, a jeszcze inny szykuje się do Bar micwy. Najważniejsze jest jednak to, że świetnie rozumieją się w grupie i można się z nimi łatwo utożsamić, a to stanowi pierwszą połowę sukcesu.

Druga połowa, to z kolei fabuła, która może nie powala na kolana, ale została dokładnie dopracowana. Powoli poznajemy kolejne postacie. Wyrabiamy sobie zdanie na ich temat, a to wszystko ma miejsce w dosyć zabawnej atmosferze. Twórcy nie wykorzystują tu nie wiadomo jakich efektów specjalnych, ani oryginalnych sposobów na przestraszenie widza. Bardzo szybko potrafią przejść od sielankowego klimatu wakacji do ożywających koszmarów. Robią to przy użyciu odpowiedniego oświetlenia, zminimalizowanej ilości dźwięków oraz odpowiednie pozycje kamery.

Skoro już przy straszeniu jesteśmy, to trzeba coś powiedzieć o głównym złoczyńcy, o tytułowym „To”, którym jest tańczący klaun Pennywise. Wcielający się w niego Bill Skarsgard musiał pracować głównie głosem oraz mimiką twarzy, a reszta pracy należy już do komputerowych magów. Swoją drogą, jego szalony śmiech bardziej zapadł mi w pamięć niż podrygi Jareda Leto jako Jokera w „Legionie samobójców”.

Jak już wspomniałem we wstępie, nie znam książki, ale chciałbym napomknąć o  najdziwniejszej scenie jaką kiedykolwiek widziałem w horrorze. W scenie, gdy tzw. „Klub frajerów”, czyli nasi główni bohaterowie, mierzy się z łobuzem dochodzi do bitwy na kamienie. Po pierwsze, te kamienie wcale nie są takie małe. Po drugie, celują nimi dość dobrze, a na dodatek często trafiają w głowę. No i po trzecie i najważniejsze, nie mam pojęcia z czego zostały zrobione, ale gdyby ktoś dostał trzy razy centralnie w czoło, to pewnie nie dałby rady wstać i nie trzymałby się za buzię. Pod względem tego niedokładnego wykonania, to była naprawdę śmieszna scena, ale biorąc pod uwagę środki jakimi dysponowali twórcy, raczej nie wypada im robić takiej kaszanki.

Wśród najfajniejszych momentów całego filmu należy wyróżnić bardzo swobodny język Ritchiego, który wie kiedy zabluźnić, żeby nas rozśmieszyć, pierwsze oraz finałowe spotkanie z klaunem, zupełnie od siebie różne, ale potrafiące przestraszyć i utrzymać widza w napięciu, a także wątek romantyczny, bo taki też tu jest, no bo to w końcu lato, wakacje, sześciu chłopaków i JEDNA dziewczyna.

„To” bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Co prawda, w trakcie seansu nic nie było mnie w stanie przestraszyć, ale moja starsza siostra w wielu momentach podskakiwała z siedzenia zaskoczona gwałtownymi posunięciami Pennywise’a, co jest dla mnie dobrym wyznacznikiem solidnego poziomu straszności. Ujęli mnie bohaterowie i dałbym wszystko, żeby jeszcze raz zobaczyć ich w takiej konfiguracji, niekoniecznie starszych.

Ton i klimat jaki zaserwowali widzowi twórcy przekona każdego, że warto oglądać horrory, nie dlatego że można się czegoś przestraszyć, ale dlatego, że one także potrafią opowiadać bardzo ciekawe i wciągające historie, bez niepotrzebnego nadmiaru krwi, fruwających flaków, czy wymyślnych potworów. „To” w sam raz nadaje się na gorącą, wakacyjną noc, no chyba że nie lubicie klaunów!

Ocena: 8,5/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s