„Narodziny Gwiazdy” – Emocjonalny rollercoaster w hollywoodzkim wydaniu

Historia stara jak świat. Sławny i bogaty gwiazdor poznaje młodą i utalentowaną dziewczynę, która chce zostać piosenkarką. Między nimi od razu powstaje niezwykła więź. Ich związek ma swoje wzloty i upadki. Historia stara jak świat, ale cały czas do niej wracamy.

Tym razem swoją wersję przedstawia nam Bradley Cooper. Aktor nie tylko gra główną rolę, ale wziął się także za reżyserię i dołożył swoją cegiełkę do powstania scenariusza filmu. Na ekranie partneruje mu Lady Gaga, a pierwszą rzeczą jaka rzuciła mi się w oczy była ogromna pasja włożona w ten projekt.

Czuć to w każdej chwili. Zarówno jeśli chodzi o wyreżyserowanie koncertów, piosenki i grę aktorską. Cooper wchodzi tu na swój najwyższy poziom. Stworzona przez niego postać – Jackson Maine – to gwiazdor country rocka z krwi i kości. Aktor dopracował każdy jej szczegół, od akcentu, przez jego destrukcyjny nałóg, aż po śpiew. Nie wiem czy inspirował się jakąś prawdziwą osobą, ale  jego występ na długo zapadnie wam w pamięć.

Tempa dotrzymuje mu Lady Gaga wcielająca się w Ally. O ile nie przepadam za jej sposobem śpiewania oraz wszystkimi ozdobnikami, które od czasu do czasu stosuje, to dostrzegam jej ogromny talent muzyczny oraz aktorski potencjał. Do pewnego stopnia zagrała tu samą siebie, czyli dziewczynę, w którą nikt nie wierzy, ale i tak udaje się jej wejść na sam szczyt. Mam jednak wrażenie, że następuje to zbyt szybko, a ona – Ally – czuje się w tym wszystkim zbyt komfortowo.

Cała obsada spisuje się tu na medal. Czuć swobodę i naturalność z jaką przychodzi im gra, a poza tym każdy wydaje się być ważną częścią tej historii. Sam Elliot jako brat Jacka, Bobby, Dave Chappelle jako jego znajomy oraz sąsiad, Andrew Dice Clay wcielający się w ojca Ally, czy Rafi Gavron jako Rez – jej producent. Każdy z nich dokłada coś od siebie do tej budowli by trzymała się ona całości.

Nie mogę nie wspomnieć o muzyce, czyli jednym z najważniejszych elementów tego filmu. Jak już wspomniałem śpiewa sam Bradley, śpiewa sama Gaga, śpiewają razem. Piosenki wpadają w ucho, a na ich czele mamy nagrodzone Oscarem „Shallow”. Mnie najbardziej poruszyło „I’ll never love you again” kończące całą historię. Generalnie odniosłem jednak wrażenie, że więcej autentyzmu było w wyczynach aktora, który sprawił że chwilami czułem dreszcze, a nie piosenkarki.

Tak, film jest schematyczny. Tak, można przewidzieć jak potoczą się losy bohaterów, a jednak jest w „Narodzinach gwiazdy”, to coś, co przykuwa nasze spojrzenie i w całości angażuje nas w tę historię. Chemia między bohaterami oraz ich miłość, muzyka która pozwala nam na chwilę opuścić nasze ciało i poczuć coś więcej, a może po prostu odwieczna walka z ludzkimi słabościami. Musicie zdecydować sami.

„Narodziny gwiazdy”, to dokładnie zaplanowany i wykonany melodramat, który poruszy was za serce. Muzyka jest tu tłem dla uniwersalnej historii o miłości, skazanej na porażkę. Ale miłość to miłość, coś czego każdy człowiek chce od życia. Należy się ona wszystkim, nawet tym, którzy cały czas popełniają błędy, są słabi i grzęzną w objęciach nałogu. I być może właśnie ten promyk nadziei, który momentami daje nam film powoduje, że tak bardzo wciąga on widza.

Ocena: 8/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s