„Doktor No” – James Bond wchodzi na salony

Jako, że od dłuższego czasu oczekujemy na finałowy występ Daniela Craiga w roli Jamesa Bonda, HBO GO postanowiło umilić nam ten okres i niedawno udostępniło w swojej bibliotece wszystkie dotychczas powstałe 24 filmy o przygodach agenta 007. Moim pierwszym Bondem był Pierce Brosnan i nigdy nie miałem okazji wrócić do samego początku kinowej franczyzy, zatem dziś chciałbym ten błąd naprawić i cofnąć się razem z wami w czasie, aż do pierwszej zekranizowanej historii opartej na twórczości sir Iana Fleminga.

Ta historia nosi tytuł „Doktor No” i jest oparta na powieści z 1958 r., szóstej z kolei jeśli chodzi o serię książek o Jamesie Bondzie. Sam film miał z kolei premierę cztery lata później w 1962 r. Choć krytycy nie byli wówczas zachwyceni produkcją, to odniosła ona finansowy sukces, a to pozwoliło na powstanie kolejnych części, a co więcej, wpłynęła ona na rozwój filmów o tajnych agentach.

Sam film opowiada bardzo prostą historię. Jeden z agentów brytyjskiej agencji wywiadowczej MI6 przestaje nadawać swój sygnał z Jamajki. James Bond, agent 007 z licencją na zabijanie, zostaje tam wysłany by zbadać sprawę. Tam zastaje miejsce zbrodni i odkrywa grubszą sprawę powiązaną z tajemniczym naukowcem, kopalnią boksytu i amerykańskimi rakietami.

Już na samym początku dostrzegamy, że historia o przygodach Bonda została potraktowana w specjalny sposób. Mamy charakterystyczną czołówkę, dziś nierozerwalnie kojarzącą nam się z 007, mamy też wpadający w ucho motyw muzyczny, który zwiastuje nam to za co kochamy głównego bohatera, czyli połączenie elegancji, nieustępliwości, sprytu, wygadania i pewności siebie. I te wszystkie cechy dostrzegamy już w pierwszej scenie gdy tajemniczy w tamtym momencie Bond wygrywa w bakarata i bez większego wysiłku, po prostu swoim stylem bycia uwodzi piękną Sylvię Trench, choć nawet się tego nie spodziewamy.

Bonda kojarzymy z akcją i gdy ta tylko pojawia się na ekranie w trakcie seansu „Doktora No”, robi duże wrażenie. Musimy jednak pamiętać, że to lata 60. ubiegłego wieku, więc nasze wymagania powinny być na odpowiednio obniżonym poziomie i nie powinniśmy porównywać ekranowych wydarzeń ze współczesną kinematografią choć według mnie ten tytuł trzyma się naprawdę nieźle. Wróćmy jednak do samej akcji. Są pościgi, pojedynki na gołe pięści, strzelaniny, a Bond musi sobie radzić nawet z egzotycznymi stworzeniami, a przede wszystkim inteligentnym wrogiem choć tego akurat nie uświadczyliśmy zbyt wiele, co można uznać za jeden z minusów filmu.

Sceny z akcji są zdecydowanie jednym z najmocniejszych aspektów „Doktora No”. Niestety, często są przeplatane mocno przegadanymi, powolnymi, a czasami po prostu nudnymi scenami, w których Bond powoli dochodzi do sedna sprawy, choć po obejrzeniu filmu ma się raczej wrażenie, że więcej w tym przypadku niż świetnie zrealizowanego planu agenta. Z drugiej strony, trzeba jednak przyznać, że potrafi on doskonale reagować na zmieniające się okoliczności.

Sean Connery w roli 007 wypada bardzo naturalnie. Szybko zaskarbił sobie moje uznanie, niemal w każdym momencie zachowując się tak jakbym sobie to wyobraził i jakbym tego oczekiwał. Nie ma w jego występie żadnych zbędnych gestów, słów, czy zachowań. Świetnie się prezentuje, porusza, a przede wszystkim ma w sobie ten element nieprzewidywalności, zupełnie nie typowy dla człowieka pracujący w służbach specjalnych, który przyciąga do siebie widza.

Nie możemy też zapomnieć o „dziewczynie” Bonda, Honey Ryder, którą zagrała Ursula Andress. Postać ta jest trochę jak jej imię. Z jednej strony wydaje się być silną i niezależną, ale gdy przychodzi do zderzenia z przestępcami grubego kalibru, szybko wpada pod skrzydła Bonda, a między dwójką nawiązuje się głębsza więź, choć zdajemy sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. W zasadzie jest on tam bardziej po to, żeby było na co popatrzeć niż żeby mieć jakąś istotną rolę w śledztwie Bonda.

Wspominałem już, że jednym z minusów jest postać tytułowego Doktora No. To głównie ze względu na fakt, że pojawia się on bardzo późno, a przez większość filmu twórcy nie starają się nam budować tego złoczyńcy jako człowieka, którego Bond i my powinniśmy się bardzo obawiać, długo o nim nawet nie wspominają, a w tym przypadku nie pomaga to w budowaniu jego tajemniczej aury. Dopiero gdy go poznajemy dostrzegamy człowieka owładniętego szalonym planem i dowiadujemy się o istnieniu zrzeszającej największe przestępcze umysły organizacji. Jednakże, biorąc pod uwagę to zwlekanie oraz pojedynek doktora z Bondem, ostatecznie wypada on bardzo słabo.

Jak na film z 1962 r. „Doktor No” nadal sprawia wielką przyjemność. Do seansu podchodziłem sceptycznie, biorąc pod uwagę fakt, że ponad 50. lat temu tego rodzaju tytuły robiło się zupełnie inaczej niż dzisiaj i obawiałem się jak słabo ten tytuł mógł się zestarzeć. Na szczęście się myliłem. Pierwsze przygody Bonda ogląda się praktycznie nie odrywając wzroku od ekranu , a seans mija nam naprawdę szybko. Co więcej, zachęca on do poznania kolejnych przygód 007 do czego was gorąco zapraszam.

Ocena: 7/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s