„Pozdrowienia z Rosji” – Bond jeszcze lepszy niż poprzednio

Przygoda Jamesa Bonda ze szklanym ekranem rozpoczęła się w dobrym stylu od filmu „Doktor No”. Produkcja, nawet po tylu latach świetnie się trzyma, a ten trend został podtrzymany w jej kontynuacji z 1963 r. „Pozdrowienia z Rosji” to nie tylko film pod wieloma względami lepszy i ciekawszy, ale także pokazujący, że już kilkadziesiąt lat temu można było stworzyć spójne kinowe uniwersum kręcące się wokół jednego bohatera.

Dopiero co Agent 007 zdławił w zarodku szalony plan pewnego szalonego doktora na Jamajce, wtrącając się w interesy przestępczej organizacji SPECTRE, a już czeka go kolejne starcie z jej członkami, którzy tym razem są świadomi jego osoby! Są gotowi na spotkanie ze szpiegiem i wydaje się, że nic nie powstrzyma ich przed zdobyciem radzieckiego urządzenia szyfrującego „Lektor”. Czy Bond i tym razem wyjdzie cało ze swojej misji?

Więcej akcji, więcej niespodzianek, bardziej złożona i ciekawsza fabuła, a przede wszystkim jeszcze lepsze wykonanie. Tak krótko można by streścić mocne strony drugiego filmu z serii produkcji o Jamesie Bondzie. Jednakże pierwszą rzeczą jaka wpadła mi w oko była ciągłość fabuły. Tytuł bezpośrednio łączy się z wydarzeniami z poprzedniej części. Nie jest to tylko kolejna, oddzielna przygoda agenta, ale element większej układanki, którą twórcy powoli przed nami stawiają.

A co z Seanem Connerym? Na tym etapie Bond to już po prostu jego naturalne wcielenie. Wszystkie jego gesty, słowa, decyzje są prawdziwe. Nie sposób nie uwierzyć, że o to przed nami mamy asa brytyjskiego wywiadu. Connery zawładnął ekranem, a jego charyzma wręcz przez niego przebija. Nie ważne jakbyśmy nie chwalili pozostałych członków obsady i nieważne jak świetnie zagrali Robert Shaw czy zjawiskowa Daniela Bianchi, ostatecznie zapamiętujemy Bonda, a to dlatego, że tak genialnie został zobrazowany.

„Pozdrowienia z Rosji” w porównaniu z „Doktorem No” zawierają więcej, bardziej skomplikowanych scen walki czy pościgów, a nie do przebicia jest pojedynek Bonda z zabójcą Donaldem Grantem w przedziale Orient Ekspresu. Choć bywa, że niektóre efekty specjalne czy choreografia są nieco śmieszne i możemy łatwo dostrzec się w nich błędów, to jednak rozmach z którym nakręcono film, no i oczywiście sam główny bohater sprawiają, że szybko o nich zapominamy i dajemy się wciągnąć w rozgrywającą się na ekranie historię.

Szkoda, że w filmie zabrakło jakiejś charakterystycznej, oprócz bondowskiego motywu muzycznego, melodii ale rekompensuje mi to jak zwykle oryginalne intro do „Pozdrowień z Rosji”. Twórcy tym razem zabrali nas do Turcji, gdzie kręcono większość zdjęć. Mamy dzięki temu okazję zobaczyć Hagia Sophia czy główny dworzec kolejowy Istanbul Sirkeci. Łatwo jest nam wczuć się w tę międzynarodową przygodę z walką o wpływy na froncie Zimnej Wojny w tle.

„Pozdrowienia z Rosji” zdecydowanie wprowadzają filmy o Bondzie na wyższy poziom, a jeśli premierze filmu towarzyszyły wielkie oczekiwania, to tytuł w reżyserii Terence’a Younga zdecydowanie jest spełnił, a nawet przebił. Jest lepiej, ciekawiej i nie sposób się nudzić. Spokojnych i przegadanych scen jest mało, a jak już są, to ich nie dostrzegamy. Fani 007 będą usatysfakcjonowani, a i każdy niedzielny widz będzie po prostu świetnie się bawił!

Ocena: 8/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s