„Diamenty są wieczne” – Connery powraca jako Bond w wielkim stylu

Jest sporo postaci w świecie filmów i seriali, w które wcielał się więcej niż jeden aktor. Na myśl przychodzą chociażby Sherlock Holmes, czy Batman, ale ja chciałbym skupić się na agencie 007. W szóstej części jego przygód mieliśmy okazję zobaczyć zupełnie nową odsłonę Bonda, zagranego przez George’a Lazenby. Debiutant zupełnie mnie zawiódł i nie przekonał i podobnie było z wieloma widzami pod koniec lat 60. ubiegłego wieku, a także producentami serii, którym do powrotu do kolejnej odsłony przygód tajnego agenta udało się namówić jej gwiazdę Seana Connery’ego i była to decyzja bardzo dobra.

„Diamenty są wieczne” zaczynają się od oryginalnego i bardzo mocnego akcentu. Tajemnicza postać, której twarz nie zostaje nam pokazana, w kolejnych krótkich scenach podąża od jednego przestępcy do kolejnego w poszukiwaniu nieuchwytnego Ernsta Stavro Blofelda, lidera organizacji WIDMO i zaciekłego wroga Bonda. Sceny są dynamiczne i pełne akcji, aż w końcu obserwujemy jak złoczyńca daje się złapać i to przez nie byle kogo. Oczywiście, Jamesa Bonda w wykonaniu Seana Connery’ego i już te kilka minut wystarczyło mi bym poczuł, że Szkot to właściwa osoba we właściwej roli. Prawdziwy 007 powrócił i czeka go kolejna zakręcona przygoda.

Tym razem jesteśmy świadkami bardzo amerykańskiej przygody Bonda, a ma ona miejsce w dużym stopniu w Las Vegas, czyli jak możecie się domyślić, nasz bohater czuje się tam jak ryba w wodzie. Musi zbadać sprawę przemytu diamentów, a towarzyszyć będzie mu jak zwykle niezwykła piękność Tiffany Case. Dodatkowo na ogonie siedzi mu dwóch czyhających na jego życie pomysłowych gałganów, a cała historia w pewnym momencie (nie zdradzając zbyt wielu szczegółów) okazuje się być wielkim złowieszczym planem tajemniczego jegomościa.

Bond walczy z laserami, jest więziony w trumnie, jak zwykle kończy z kobietą w łóżku, gdzieś w tle pojawia się również Felix Leiter, a w swoim arsenale nasz bohater ma cudeńka pana Q. Akcja jest przednia, godna widowisk z Jamesem Bondem w roli głównej. Śmiem nawet twierdzić, że do tego momentu jest to najlepsza, najpełniejsza, najbardziej wciągająca historia o przygodach agenta 007!

Film w departamencie scen akcji, widowiskowości oraz efektów specjalnych jak na lata 70. stoi na wysokim poziomie, a wszelkiego rodzaju popisy kaskaderskie, walki, wybuchy, itp. mogą się podobać. Z tego tytułu na pewno zapamiętam duet zabójców pan Kidd i pan Wint, którzy naprawdę znają się na swojej robocie i potrafią zaskoczyć nawet samego Bonda.

Film wraca do korzeni. Znów na potęgę słyszymy znajomy motyw muzyczny oraz oglądamy absurdalną sekwencję otwierającą widowisko. Do tego trzeba jeszcze dorzucić jeszcze piosenkę „Diamonds are Forever” w wykonaniu Shirley Bassey, która wpada w ucho w takim stopniu, że przynajmniej ja przez dłuższy czas łapałem się na jej nuceniu w trakcie seansu.

„Diamenty są wieczne” mają widzowi do zaoferowania wszystko to, co najlepsze w przygodach Jamesa Bonda. To czysta rozrywka pełna akcji, gorącego flirtu z charyzmatycznym głównym bohaterem i świetną muzyką. Dwie godziny czystej, nieokiełznanej, momentami absurdalnej energii, która udziela nam się w trakcie oglądania.

Ocena: 8/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s