Choć czasy gdy byłem nastolatkiem minęły już kilkanaście lat temu, to ciągle pamiętam jak to było przejmować się szkolnymi ocenami, być pod presją rodziców, nauczycieli, rówieśników, ale także korzystać z życia pełną parę, bawić się w granicach rozsądku. W tym wieku, te granice potrafią jednak bardzo łatwo się zatrzeć, a młode osoby narażone są na wiele różnych zagrożeń. Uzależnienie od narkotyków czy alkoholu, depresja, samotność, to tylko niektóre z nich, dziś często nie dostrzeganych ze względu na dynamiczne czasy w jakich przyszło nam żyć, czasy Internetu, smartfonów, mediów społecznościowych. O tym jak to było bez siedzenia w telefonach i komputerach opowiada najnowszy serial limitowany, pt. „My, dzieci z dworca Zoo”.

Przyznam szczerze, że nigdy wcześniej nie słyszałem historii Christiane F., młodej narkomanki z Berlina, która opowiedziała dziennikarzom o swoim życiu w okresie wzrastającej fali narkomanii w latach 70. XX wieku. Jej rozmowy z Kaiem Hermannem i Horstem Rieckiem stały się później podstawą dla bestsellerowej książki, „My, dzieci z dworca Zoo”, a w dalszej przyszłości również dla filmu, a nie tak dawno dla serialu produkcji Amazon Studios, Wilma Film, Constantin Television i Cattleya.

Choć serial oparty jest na książce i życiu Christiane, to na początku każdego odcinka czytamy, że nie wszystkie wydarzenia, które będziemy za chwilę oglądać wydarzyły się naprawdę, a część postaci i przypadków jest fikcyjna. Przygotowując się do seansu warto mieć jakąś wiedzę na temat tego jak wyglądało życie w Zachodnich Niemczech w latach 80, ubiegłego wieku, w których toczy się akcja zagranicznej produkcji. Bez tego naprawdę ciężko wczuć się w klimat i lepiej zrozumieć bohaterów oraz ich życiowe wybory.

Serial wcale nie skupia się przede wszystkim na Christiane. To bardziej opowieść o życiu młodych ludzi, często pochodzących z patologicznych, rozbitych rodzin, a przynajmniej od dzieciństwa obcujących z patologiami, takimi jak alkoholizm, narkomania, czy prostytucja, ale także śmierć najbliższych czy poczucie samotności, które potrafią wpędzić nastolatka w mroczne odmęty ludzkiej egzystencji. To historia nie tylko Christiane, ale też Stelli, Babsi, Bennego, Axela i Michiego.

Przyglądamy się temu jak nastolatkowie radzą sobie z problemami. Niektórych z nich poznajemy już w ciężkiej sytuacji, choć w pierwszej chwili nic nie musi na to wskazywać. Ambitny i utalentowany Axel, szukający pracy w zakładach mechanicznych i w końcu dopinający swego, nagle okazuje się być heroinistą. Babsi, która potrafi pięknie rysować nie potrafi poradzić sobie z samobójstwem ojca oraz życiem pod kloszem, ucieka więc z domu, imprezuje, a w końcu także i ona korzysta z narkotyków by dobrze się bawić. Stella, która myśli, że życie jej rodziny w końcu wychodzi na prostą gdy z alkoholowego odwyku wraca jej matka, ostatecznie jest przez nią oszukiwana, a sama pada ofiarą gwałtu, a to traumatyczne przeżycie również prowadzi ją w ramiona nałogu, a na sam koniec stręczycielstwa.

Co dosyć zabawne, najlepiej i najspokojniej prezentuje nam się życie głównej bohaterki. Jej historia zaczyna się co prawda z hukiem, gdy cudem przeżywa katastrofę windy, ale później obserwujemy już zupełnie normalną nastolatkę. Małżeństwo jej rodziców przechodzi kryzys, lecz ona sama trzyma się świetnie w zupełnie zwyczajny sposób wchodząc w okres dojrzałości. Dla mnie, jej stopniowa degeneracja zostaje bardzo słabo pokazana, gdyż przez dobre pół serialu nie wydaje się być nawet specjalnie zainteresowana używkami, z których korzystają jej znajomi i nagle jakby z jednego odcinka na drugi zaczyna się pogrążać. Zdecydowanie nie przypomina to historii, o jakiej przeczytałem w sieci już po obejrzeniu „My, dzieci z dworca Zoo”.

Choć pokazane wydarzenia z udziałem bohaterów są naprawdę mocne, a momentami do bólu brutalne, to czegoś mi w nich zabrakło by kolejne odcinki w pełni mnie pochłonęły. Może to fakt, że akcja toczy się tak dawno i to jeszcze w nieznanych mi Niemczech, a może niezbyt udana próba przeniesienia tego co istotne w życiu współczesnych nastolatków o kilkadziesiąt lat wstecz. Mam wrażenie, że twórcy mogli pójść o jeden krok dalej, ale się zawahali i niczego odkrywczego swoją produkcją nam nie pokazali.

Obraz jest dynamiczny i przez większość czasu pełen energii i koloru. Doskonale podkreśla to muzyka, zarówno niemiecka jak i popularna, nie tylko z okresu, w którym toczy się akcja serialu. Co zaś tyczy się aktorstwa, to młodzi ludzie wcielający się w głównych bohaterów dobrze odnajdują się w swoich rolach. Największym minusem jest sama Christiane, ale wynika to raczej ze słabego scenariusza, aniżeli gry aktorskiej wcielającej się w nią Jany McKinnon.

„My, dzieci z dworca Zoo”, to serial który obiecywał naprawdę ciekawą, ostrą, wbijającą w fotel historię opowiedzianą najlepszymi dostępnymi środkami obecnych czasów. Zawiódł jednak na całej linii za sprawą słabego, przewidywalnego scenariusza, który dostarcza widzowi jedynie nieliczne momenty krótkiego zachwytu i zdecydowanie ustępuje takim tytułom jak choćby „Euforia”, „Normalnie ludzie”, czy nawet bardziej rozrywkowy niż dramatyczny „Sex Education”. Potencjał historii Christiane F. nie został w pełni wykorzystany.

Ocena: 5/10

Leave a Reply

%d bloggers like this: