Wonder Woman 1984 – recenzja

Droga na skróty nie popłaca. To jedna z lekcji jakich nauczyłem się w dzieciństwie, szczególnie gdy ta droga na skróty prowadzi przez oszustwo. Piszę o tym nie bez powodu, gdyż właśnie zakończyłem seans długo wyczekiwanej premiery od studia Warner Bros. i DC Entertainment, kolejnej wersji przygód dzielnej Amazonki Diany Prince, czyli „Wonder Woman 1984”, a morał płynący z filmu pokrywa się z pierwszym zdaniem tego wstępu.

Krótkie przypomnienie. Choć ostatni raz superbohaterkę widzieliśmy w czasach nam współczesnych, w produkcji „Liga Sprawiedliwości’, to „Wonder Woman 1984” jest kontynuacją wydarzeń z solowego filmu, którego akcja toczy się pod koniec I wojny światowej. Wtedy też Diana poznaje swoją wielką miłość, pilota Steve’a Trevora i opuszcza swoją rodzinną wyspę Themyscirę, po raz pierwszy obcując z resztą cywilizowanego świata. Przy okazji kopie tyłki Niemcom, którzy pracują nad morderczym gazem. Oczywiście, świat zostaje uratowany, ale ten triumf nasza heroina opłaca śmiercią Steve’a.

Ruszamy ponad 60. lat w przyszłość. Diana pracuje w Smithsonian Institution w Waszyngtonie, największym kompleksie muzeów. W tak zwanym międzyczasie nadal ratuje świat, choć tym razem nie przed wielkimi wojnami, ale zdecydowanie mniejszym zagrożeniem w formie drobnych rabusi i złodziejaszków. Społeczeństwo nie wie o istnieniu Wonder Woman, choć telewizja trąbi o wyczynach tajemniczej bohaterki. Gdzieś w tle przewija się reklama niejakiego Maxwella Lorda, charyzmatycznego biznesmena, który obiecuje spełnianie życzeń każdego widza, a pracę we wspomnianej placówce rozpoczyna nieco fajtłapowata, wyśmiewana przez innych, aczkolwiek bardzo inteligentna Barbara Minerwa.

Historia przedstawiona w filmie kręci się wokół starożytnego artefaktu z kamieniem szlachetnym cytrynem. Napis na nim głosi, że jeśli osoba, która go trzyma wypowie na głos życzenie, ono się spełni. Początkowo nikt w to nie wierzy, nawet gdy jeden z pracowników muzeum żartem mówi, że pragnie kawy, a za chwilę w pomieszczeniu pojawia się osoba z dodatkowym kubkiem kawy. Na tym etapie znamy bohaterów w takim stopniu, że domyślamy się jakie będą ich życzenia i zdajemy sobie sprawę z tego, że się spełnią. Nie wiemy jednak, że wszystkie będą miały swoją cenę.

Generalnie, film ogląda się bardzo dobrze. Sporo miejsca poświęcono przedstawieniu wszystkich nowych postaci oraz przypomnieniu widzowi kim jest Diana i w jakim punkcie swojego życia jest obecnie, tzn. jak radzi sobie po utracie Steve’a, czym się zajmuje poza ratowaniem ludzi itd. Z każdą kolejną sceną ogląda się to coraz lepiej i przyjemniej, jakby poziom widowiska rozwijał się wraz z upływającymi minutami. Jest jednak pewien poważny problem.

Tym problemem jest czas trwania „Wonder Woman 1984”, czyli aż 2 godziny i 24 minuty. Ta długość przekłada się na fakt, że wiele scen wydaje się być wydłużonych do granic możliwości. Widać to już na początku filmu, gdy w scenie retrospekcji obserwujemy młodziutką Dianę, biorącą udział w czymś w rodzaju amazońskiego „American Ninja Warrior”, gdzie najlepsze atletki z całego plemienia współzawodniczą ze sobą. Po każdej pokonanej przeszkodzie zastanawiałem się ile ich jeszcze będzie, a za chwilę nadchodziła następna przeszkoda, itd. Z jednej strony, taki zabieg daje czas byśmy mogli lepiej zrozumieć dane postaci, ich wybory i motywacje, ale z drugiej strony, potrafi nas po prostu znudzić i kilka takich momentów w filmie niestety się znalazło jak chociażby bohaterka ratująca przechodniów albo dochodząca do tego czym tak naprawdę jest odnaleziony cytryn. Według mnie, można było to zrobić szybciej, a tytuł nie straciłby na wartości.

Wróćmy jednak do rzeczy dobrych. Niewątpliwie, do tych trzeba zaliczyć kreacje aktorskie. Gal Gadot bez większego wysiłku powraca do roli superbohaterki. Widać, że świetnie się w niej sprawdza, zupełnie jakby była ona jej pisana. Potrafi doskonale zagrać to przywiązanie Diany do ludzkości, wyglądając przy tym jak największa twardzielka. Pochwalić musimy także Kristen Wiig, która charakterystyczne poczucie humoru łączy z ambicją, a wizerunek Barbary Minerwy podlewa nutą zazdrości, chciwości i zapalczywości. Miała tutaj najwięcej do pokazania, gdyż jej postać przechodzi ogromną przemianą i aktorka doskonale swoją okazję wykorzystała. Naprawdę spodobał mi się również portret Maxa Lorda w wykonaniu Pedro Pascala. Z początku wydawało mi się, że będzie on przerysowanym i wyolbrzymionym niczym lata 80. złoczyńcą, ale dodał do tego dawkę chytrości i zachłanności, której nie sposób się przeciwstawić. Warto również wspomnieć o powrocie Chrisa Pine’a, który ma nieco mniejszą rolę niż w poprzednim filmie, ale już sama scena, w której stara się odnaleźć w nowej rzeczywistości, przymierza kolejne ciuchy, czy zachwyca się nową technologią uzmysłowią wam, że twórcy wiedzą co chcą z postacią Steve’a Trevora zrobić, a aktor szybko to podchwytuje.

Przyjemnie słucha się ścieżki dźwiękowej do filmu. Może nie nucimy po jego zakończeniu żadnej melodii czy piosenki, ale w konkretnych momentach utwory wydawały mi się idealnie dopasowane do sytuacji. Czasami wręcz były one po prostu naturalną częścią historii i można było zapomnieć o ich obecności. Za oryginalne utwory odpowiada pan Hans Zimmer, którego CV miłośnikom kina przedstawiać nie muszę. Jego praca została dodatkowo wzbogacona o dźwięki kojarzące się z przedstawionym w „Wonder Woman 1984” okresem, a usłyszycie tu chociażby Duran Duran czy Gary’ego Numana.

Nie miałem wrażenia, żeby motyw lat 80., w których toczy się akcja filmu był maksymalnie wykorzystany, ale może to i lepiej, bo skorzystała na tym fabuła. Reżyserka Patty Jenkins nie stara się nas zarzucać z każdej strony odniesieniami do amerykańskiej kultury, mody, czy sztuki wspomnianego okresu, a robi to subtelnie, z wyczuciem smaku, dla mnie doskonale wpasowując w nie swoich bohaterów. Żałuję jedynie, że zabrakło jakiegoś wątku przewodniego, który łączyłby wydarzenia z poprzedniej części przygód Wonder Woman, a w przyszłości mógłby posłużyć jako punkt kulminacyjny jej historii, taki na przykład jak obecność greckich Bogów, ich konflikt bądź knowania i chęć wykorzystania w swoich celach Diany Prince.

„Wonder Woman 1984” poza bardzo długim czasem trwania, częścią rozciągniętych scen i kilkoma słabymi przejściami między jednym punktem historii, a kolejnym wypada jako świetne kino familijne, takie z którego najmłodsi mogą wyciągnąć ważną życiową lekcję, a przy okazji doskonale się bawić. Z kolei dorośli z pewnością docenią poczucie humoru i dużą dawkę emocji, a wtajemniczeni fani komiksów od DC również znajdą dla siebie kilka niespodzianek. To naprawdę dobrze wykonany film, z niespodziewanymi zwrotami akcji z jednej i nieco przewidywalnymi rozwiązaniami fabularnymi z drugiej strony. To dobry kompromis między superbohaterską rozpierduchą, a dramatyzmem życia superbohaterki.

Ocena: 6/10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s