Recenzja filmu „Nie czas umierać”

Był rok 2006 gdy na ekrany kin wszedł nowy film o przygodach Jamesa Bonda zatytułowany „Casino Royale”. Miałem wtedy 15 lat i choć widziałem jedną czy dwie produkcje o brytyjskim agencie, to nie specjalnie dałem się porwać urokowi 007. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy w główną rolę wcielił się Daniel Craig. Aktor żegna się z serią i bohaterem, który towarzyszył mu od przeszło 15 lat i właśnie o zwieńczeniu jego pracy w „Nie czas umierać” chciałbym wam dzisiaj opowiedzieć.

Na samym wstępie warto podkreślić, że przed udaniem się na seans „No time to die” warto odświeżyć sobie wydarzenia z filmu „Spectre”, z którymi bezpośrednio powiązana jest fabuła najnowszego Bonda. Bez ich znajomości z pewnością poczujecie się zagubieni i niektóre sceny mogą nie być dla was zrozumiałe. Powracają takie postaci jak Ernst Stavro Blofeld czy Madeleine Swann i mają tu kluczowe znaczenie.

Przejdźmy jednak do samego filmu. Gdy zdaje się, że Bond w końcu odnalazł miłość i może zamknąć ten rozdział swojego życia związany z Vesper Lynd, Blofeldem i Spectre, i przejść na emeryturę, przeszłość powraca i nie ma dla bohatera dobrych wiadomości. Okazuje się bowiem, że jego ukochana Madeleine skrywa tajemnicę, tajemnicę ujawnioną nam przez reżysera w pierwszej scenie, dotyczącą jej dzieciństwa, ale wciąż nieznaną Jamesowi.

Były agent 007 musi uporać się z kolejną zasadzką na jego życie, mierząc się z miastem, w którym roi się od przedstawicieli „Spectre”. Jak to ma do siebie ta wersja Bonda, musi on odłożyć szczęście na bok. Usuwa się w cień, ale zagrożenie powraca, a że bohater wykorzysta każdą okazję by zemścić się na złowieszczej organizacji, postanawia wrócić do akcji i pomóc kumplowi, Felixowi Leiterowi. Fala wydarzeń, która ma od tego momentu miejsce prowadzi go nie tylko do ostatecznej konfrontacji z Blofeldem i jego ludźmi, ale także tajemniczym człowiekiem w masce, głównym złoczyńcą filmu.

Im dłużej oglądałem „Nie czas umierać”, tym bardziej odnosiłem wrażenie, że reżyser Cary Fukunaga i scenarzyści Neal Purvis, Robert Wade i Phoebe Waller-Bridge chcieli jak najlepiej podsumować przygody Jamesa Bonda w wykonaniu Daniela Craiga i po prostu przesadzili. Przede wszystkim film wydaje się być bardzo długi i rozciągnięty w czasie. Momentami naprawdę ciężko było wytrzymać te 163 minuty! Rozumiem, że musiało być tutaj mnóstwo akcji, że wielu bohaterom serii dano szansę zabłysnąć, ale nie twórcy nie musieli tego pożegnania z Bondem aż tak przeciągać.

Mówiąc krótko, wszystkiego wydaje się tu być za dużo. Są świetne sceny akcji, podkreślające że Bond ma już swoje lata na karku, w których bohaterowi nie wszystko idealnie się udaje jak to ma często miejsce we współczesnych blockbusterach. Fani Bonda gołym okiem dostrzegą odniesienia do filmów z serii takie jak choćby bohater przebywający na Jamajce i spotykający tam Leitera, baza łodzi podwodnych z czasów II wojny światowej, czy powracający Blofeld, to tylko kilka z nich. Sama fabuła trzyma w napięciu, ale rozkręca się powoli i choć rozumiem, że jednym z motywów filmu jest pokazanie Bonda domykającego ostatni rozdział swojego życia, Bonda zmęczonego nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie, to zdaje mi się, że można to było osiągnąć w oszczędniejszy sposób, nie nudząc widza powtarzającymi się sekwencjami akcja – gadka – akcja- gadka – znowu akcja – znowu gadka.

W utrzymaniu widza przy filmie pomaga muzyka skomponowana przez Hansa Zimmera. Z jednej strony słyszymy dźwięki z tytułów z serii o 007, a z drugiej mamy charakterystyczny dla kompozytora patos. Ścieżka dźwiękowa doskonale podkreśla te momenty, w których Bondowi naprawdę grozi śmierć, gdy rozprawia się z kolejnymi agentami Spectre czy pędzi jak na złamanie karku motocyklem czy samochodem. Tyczy się to nie tylko scen akcji, ale także choć w ich przypadku wypada najlepiej by wspomnieć moment, w którym główny bohater spotyka się oko w oko ze swoim nemezis bądź scenę otwierającą film. Do tego film zachwyca obrazem i zdjęciami na najwyższym poziomie. Są sceny, które pod tym względem oczarowują widza, a za to powinniśmy podziękować panu Linusowi Sandgrenowi.

Co do samego odtwórcy głównej roli, to Daniel Craig po raz kolejny spisał się świetnie, łącząc w swoim Bondzie twardy, nieustępliwy charakter z miękką, bardziej uczuciową stroną agenta. Szkoda, że jego ekranowy rywal, w którego wcielił się Rami Malek. Wynika to bardziej z faktu jak ta postać została napisana i przez jak niewiele czasu pojawia się w filmie niż z talentu aktora. W jego przypadku postawiono bardziej na tajemniczość i odkrycie wszystkich kart w późniejszym momencie, podczas gdy zmylić widza miał Blofeld i Spectre. Bardzo dobrze wypadł z kolei powracający jako Felix Leiter Jeffrey Wright, który dobitnie pokazywał kontrast między służbami wywiadowczymi USA i Wielkiej Brytanii, a także Ralph Fiennes jako M.

Pomimo tego, że długość filmu i kilka niepotrzebnych, rozciągających fabułę scen obniżają ostateczną ocenę „Nie czas umierać”, to produkcja według mnie okazała się być godnym podsumowaniem przygody Daniela Craiga z postacią Jamesa Bonda. Jako pojedynczy tytuł, nie oceniłbym go jako najlepsza produkcja o 007, ani nawet najlepsza z Craigiem w roli głównej, ale panu Fukunadze udało się mnie wciągnąć, momentami rozśmieszyć, przez długi czas trzymać w napięciu, a nawet wydać z siebie kilka „ochów” i „achów” w trakcie seansu.

Ocena: 7,5/10

Zdjęcia: 007.com

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s